Jak surrealistycznym i trudnym do wyobrażenia będzie się wydawał świat wykreowany przez Stanisława Pagaczewskiego współczesnym dzieciom! Weźmy chociażby państwo Księcia Kraka - utrzymującego familiarne stosunki ze Smokiem Wawelskim (stoikiem, naukowcem i wynalazcą, którego ulubionym środkiem lokomocji jest automobil-amfibia) - sąsiadujące z tak fantastycznymi ziemiami, jak Kraina Deszczowców (ze stolicą w Kibi-Kibi), Kraina Psiogłowców, Kraina Gburowatego Hipopotama, czy Słonecja. A żeby było jeszcze dziwniej, terytoria te zamieszkują nie tylko mówiące małpy, o tak zaskakujących imionach, jak Interferencja, Amplituda czy Kolaudacja, ale także wszelkie odmiany Okropików, Ryjkonosów Dębowców i Dziwaczków Krętowłosych!
Nieco starsi czytelnicy - pamiętający przezabawną serię animowaną (powstałą w oparciu o, zdobiące oryginalne książeczki, rysunki Alfreda Ledwiga) o przygodach Smoka Wawelskiego, Bartłomieja Bartoliniego i tytułowego Profesora Gąbki, oraz (nie zapominajmy o nim!) Szpiegu z Krainy Deszczowców, Don Pedro de Pommidore - mają ułatwione zadanie. Przez to, że "dobranocka" ta tak mocno zapisała się w naszej pamięci, nie odnajdujemy w tych zwariowanych przygodach niczego, co mogłoby wprawić w osłupienie, niezależnie od tego, z jak głębokich pokładów abstrakcji Stanisław Pagaczewski by czerpał.
"Porwanie Baltazara Gąbki", czytane po latach, odkrywa przed dojrzałym czytelnikiem zupełnie nowe zasoby znaczeń. Zrozumienie tych (wplecionych z mniejszą bądź większą subtelnością) nawiązań do epoki (i ówczesnej sytuacji "domeny księcia Kraka") w jakiej powstawały książeczki Pagaczewskiego, nie jest jednak niezbędne do tego, by przy tej ociekającej absurdem i groteską książeczce - po prostu - dobrze się bawić. Sam humor przypadnie do gustu tym, którzy równie mile - jak niżej podpisany - wspominają "zeszyty komiksowe" Tadeusza Baranowskiego, czy Papcia Chmiela. To ten sam styl dowcipu, okraszony dyskretnymi mrugnięciami oka w odniesieniu do rzeczywistości, w jakiej seria o przygodach Baltazara Gąbki została spisana.
Na podstawowym poziomie, to wciąż przezabawna książeczka dla dzieci, pełna fantastycznych przygód, dowcipnych zabaw słownych i dialogów, oraz cudownie ekstrawaganckich postaci. I jeśli jest coś, co sprawia, że nie mogę ocenić "Porwania Baltazara Gąbki" wyżej, to - niestety! - sama fabuła. Nieograniczona fantazja autora, wymyślającego najcudaczniejsze krainy i kreatury, nie szła najwyraźniej w parze z potencjałem pozwalającym na opracowanie przemyślanej i - zarzut ów może zabrzmieć nieco nie na miejscu, w kontekście tego jak oderwaną od rzeczywistości jest ta bajka - szczególnie sensownej opowieści. W związku z tym, zaspokoiwszy na pewien czas ochotę na sentymentalne podróże do świata jednej z moich ulubionych "wieczorynek", nie odczuwam pragnienia, by natychmiastowo sięgnąć po "Przygód Baltazara Gąbki" tom kolejny. Jakkolwiek wszystkim, którzy (jako i ja) od czasu do czasu odczuwają ten nostalgiczny głód, lekturę gorąco polecam.
P.S. Z zaskoczeniem odkryłem, iż Don Pedro de Pommidore dość prędko przeobraża się w książce w protagonistę. W serialu nieustannie "podążał tropem" Smoka i Bartoliniego. Ponadto, w filmach animowanych, wśród bohaterów wyruszających na ratunek profesorowi Gąbce najwyraźniej zabrakło miejsca dla niejakiego doktora Koyote, osobistego lekarza Księcia Kraka, na usługach Smoka Wawelskiego...