Sięgnęłam po tę pozycję totalnie spontanicznie. Podejżewam, że gdybym nie przeczytała prologu, a potem nie stwierdziła, że chcę to przeczytać, czekała by jeszcze pewnie z trzy miesiące.
"The most" to książka specyficzna, a raczej ze specyficznym stylem pisania, który nie do końca fajnie mi się czytało. To znaczy, czytało mi się szybko, to fakt, ale na przykład przeszkadzało mi to, że było sporo powtórzeń typu "Boże...". W pewnym momencie naprawdę bardzo mnie to zirytowało, ale udało mi się to jakoś przetrwać.
Akcja książki rozwija się ciekawie, ale bohaterowie, którzy jej towarzyszą już wcale tacy nie są. Annabelle jest dla mnie strasznie pogmatwaną osobą. Owszem, jej historia jest smutna i momentami przerażająca, ale czasami miałam wrażenie, że Ana działa totalnie wbrew sobie.
Co do innych bohaterów to z Nathanem się bardzo polubiałam, a szczególnie z jego perspektywą. On przypomina mi trochę Zane'a Ross'a z książki "Bad friends" także jeżeli czytaliście tamtą książkę, to bardzo możliwe, że spodoba wam się i ta. Ana natomiast przypomina mi Josephine Sinclair, inaczej Josie z książki "Flaw(less)". Widzę w tych postaciach dużo podobieństwa.
Julia Rejent stworzyła cudowny świat, do którego z chcęcią wrócę w kolejnych tomach, bo kto wie, być może okażą się lepsze.
3/5⭐️