Jeśli zastanawiacie się, czy nie powinniście iść do psychiatry, to prawdopodobnie powinniście.
Dziwi was, że słynni komicy często chorują na depresję? Mnie dziwi raczej, że nie wszyscy ludzie z depresją zostają komikami. Nauczyliśmy się doprowadzać ludzi do ataków śmiechu opowiadaniem o toksycznych bliskich i przebytych traumach; ostrożnie kalibrujemy żarty, by nie przekroczyć granicy, po której śmiech zmienia się w litość. A potem latami ćwiczymy ten program: w szkole, pracy, barach, pociągach i cudzych łóżkach.
To nie jest książka o tym, że dostajecie od życia cytryny i robicie z nich lemoniadę. Bliżej jej do historii mojego kolegi, którego rzadka i nieuleczalna choroba stopniowo pozbawiała władzy nad ciałem, w tym strunami głosowymi. Gdy się poznaliśmy, mógł już tylko szeptać. "Powiedziałem rodzicom, że żądam adwokata – napisał kiedyś. Zrozumieli »awokado« i przynieśli mi mango."
Przy czytaniu nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ta ironiczna poza odbiera temu tekstowi to, co najważniejsze: jego autentyczność, że całe to doświadczenie ogranicza się w końcowym odbiorze do luzackiej maski i żartobliwych anegodetek o wizycie u terapeuty. Nie zrozumcie mnie źle, ten sposób mówienia o depresji znam nazbyt dobrze. Ironia Dłużewskiej jest celna, tylko jej obecność na każdej stronie sprawia, że chwilę po przeczytaniu zapomnę o tej książce, jak o przydługim poście na facebooku, a chciałabym, żeby po lekturze na dłużej zostało ze mną coś więcej niż małe zachwyty przeplatane irytacją i rozczarowaniem.
Styl, jakim włada autorka oraz sposób, w jaki kontrastuje on z przyciężkim tematem całej gawędy to miód na moje serce. Obawiam się jednak, że z jakiegoś powodu tytuł ten szybko znajdzie się w szufladzie pozycji zapomnianych.
3.5 To zapis doświadczenia, w którym odnalazłam się bez trudu - ta sama bańka, podobne obserwacje w poczekalni poradni psychiatrycznej. Dłużewska pisze sprawnie i z humorem, który wartko się wczytuje. Tylko trochę za szybkie były dla mnie te strzały - chciałabym, żeby czasem została z jakąś myślą na dłużej niż dwie strony, żeby było mniej sprytnie, a bardziej głębinowo, żeby wyłoniła się jakaś spajająca te fragmenty struktura. Może też, żeby ten tekst stawiał jakikolwiek opór, bo wchodzi się w to jak w masło, a niekiedy łatwo jednak nie znaczy dobrze.
Ech 💔 Bardzo, bardzo chciałam żeby ta książka mi się podobała. Uwielbiam działalność dziennikarską Emilii Dłużewskiej, bardzo lubię też samą autorkę, mogłaby być moją kumpelą. Na jej debiut prozatorski czekałam z zapartym tchem, ale cóż, nie kliknęło.
Ponieważ jest to pisanie autoterapeutyczne i osobiste, nie będę oceniać w ogóle treści tej książki. Napiszę tylko, że zdecydowanie nie jestem jej adresatką. Moim zdaniem „Jak płakać…” zostało napisane dla bańki i do niej trafia, nie widzę w tym przekazie zupełnie niczego uniwersalnego. Tym razem nie jest to moja bańka - ani nie mam doświadczenia depresji, ani nie jestem z tej klasy społecznej (młody prężny świat warszawskiej kultury), więc nie mogłam się tu prawie z niczym utożsamiać (poza tendencją do obracania wszystkiego w żart), a wydaje mi się, że ta książka działa głównie właśnie na poziomie wspólnoty doświadczeń. Ja się zwyczajnie wynudziłam. Mój drugi problem polega jednak na tym, że trudno mi zobaczyć w debiucie Dłużewskiej prawdę. Mało dowiadujemy się tu na temat samej depresji, wszystko zakamuflowane anegdotkami (które też po pewnym czasie przestają bawić) - to sprawia, że owszem, czyta się świetnie, ale nie da się nie odnosić wrażenia, że bohaterka nie chce się odsłonić. Cały czas chowa się za wygodną i dobrze opracowaną pozą, a ja nie tego oczekuję od literatury. Do tego, chociaż nikt tu nie ukrywa przywileju, to jednak kłuje on w oczy. Mam wrażenie, że jest tu sporo takiego pitu pitu oderwanego od problemów większości społeczeństwa. Inaczej to ujmując - pozostawiając z boku samą depresję - chciałoby się mieć takie dylematy jak autorka i wymyślać kryteria wyboru terapeuty. Większość ludzi chorych na depresję w tym kraju nie tylko nie ma dostępu do pomocy psychologicznej, ale jest to na końcu ich priorytetów finansowych czy problemów zdrowotnych. W książce Dłużewskiej nie znajdą oni dla siebie niczego pomocnego. Myślałam, że autorka będzie kopać głębiej, chciałam czegoś, co mnie poruszy, a przynajmniej zastanowi, chciałam coś poczuć. Poczułam głównie zmarnowany potencjał, bo pisze Dłużewska sprawnie i błyskotliwie, można było zrobić z tego talentu lepszy użytek. Czekam co pokaże dalej i z przyjemnością wracam do jej tekstów o kulturze. Tam zawsze otwierają się dla mnie jakieś nowe drzwi.
Niezwykle potrzebowałam takiej książki. UWIELBIAM, kiedy o ciężkich tematach mówi się lekko i z humorem, ale przy zachowaniu stosownego szacunku. Tak samo doceniam kulturowe nawiązania i wszystkie metafory, które były pożywką dla mojego intelektu, który po przeczytaniu tej pozycji odczuwa tylko wdzięczność, ukontentowanie, pocieszenie i zrozumienie. Rzadko czytam polskie książki, bo w jakiś sposób odczuwam do nich awersję połączoną z jakąś dziwną melancholią, że literatura kraju, z którego pochodzę nie sprawia, że czuję się połączona z tą kulturą i ludźmi. Tutaj jednak? Jezu. Może i Polska wyrasta na traumie jak pieczarka na gównie, ale w końcu czuję, że to moja pieczarka i moje gówno i wara wszystkim od tego. Nikt nam nie może nic zarzucić, bo robimy, co możemy. Dopóki będą takie książki i ludzie o takiej osobowości jak autorka, dopóty będę ufać, że staniemy na nogi. Choćbyśmy się mieli popłakać ze śmiechu reagując na własną beznadzieję.
„Śmiech nie redukuje smutku - dryfuje obok, udając, że nie ma z nim nic wspólnego”. Emilia Dłużewska pisze o doświadczeniu depresji i dwubiegunówki, i o tym jak się jej z nimi żyje. Ale nie robi tego uderzając w nas smutkiem i marazmem, ale oswaja z chorobą czytelniczki i czytelników (oraz chyba trochę siebie) w sposób zabawny i autoironiczny, nawet jeśli mówi o najgorszych momentach swojego życia. Więc nie, raczej nie będziecie płakać czytając, a jeśli to będzie to śmiech przez łzy, a raczej łzy przez śmiech. Autorka przeprowadza przez swoją historię wygłaszając monolog w krótkich felietonowych tekstach (bo nie nazwałabym tego dziennikiem). Pisze o tym jak zmienia się percepcja gdy zaczyna się brać leki, ale nie zapomina wspomnieć, że zanim nastąpi polepszenie, trzeba przejść przez sporą listę niezbyt sympatycznych skutków ubocznych. O tym jak trudno jest znaleźć dobrego terapeutę, chociaz zawsze lepiej mieć jakiegokolwiek. O tym jak na ogół wygląda się dla otoczenia całkiem normalnie, a jak tylko ktoś coś zauważy, zapyta co się stało, to w środku jedynie o czym się marzy to zniknąć, nie przyjmując przytłaczającej trosce. Pisze też o relacjach tych bliskich z rodziną i wychowywaniu się, w domu, w którym sporo sie zamartwia, ale o emocjach nie rozmawia, i o relacjach z innymi kobietami, którym zazdrości się odwagi. Dłużewską każdy będzie czytał i odbierał inaczej, z pewnością wszystko zależy od doświadczeń osoby czytającej. Ja mocno sie z nia utożsamiałam, w różnych (choć nie wszystkich) aspektach, więc odczytuje ją bardzoej osobiście. Jeśli tylko temat cię „interesuje” (co w kontekście depresji brzmi średnio) to ja bardzo polecam. Ach, i literacko jest to bardzo dobrze, językowo wchodzi bardzo płynnie.
Nie oceniam przeżyć ani podejścia życiowego autorki, natomiast sama książka w zasadzie "przeleciała" przeze mnie. Przyjęłam do wiadomości jej treść, ale to by było na tyle. Coś mi tu totalnie nie zagrało.
Terapeutka powiedziała mi kiedyś (śmiejąc się po jakimś moim żarcie): „Pani by chciała, żeby wszystko zawsze było zabawne. No ale nie zawsze tak można”. Przeraziło mnie to, bo wiem, że tak mam, ale nie sądziłam, że robię to nawet w gabinecie! To najpewniej objaw czegoś. Być może autorka tej książki ma takie same objawy, tego samego. W każdym razie: mi to nie przeszkadza (a widzę, że wielu czytelnikom owszem, i w sumie ich rozumiem). Chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do takiego pisania (copywriterskie wysokie stężenie chwytliwych metafor i zabawnych puent) i potem już czytało mi się fantastycznie. To jest nie tylko śmieszna, ale też mądra książeczka. A autorka jest nie tylko błyskotliwa, ale też ze szczerością otwiera przed nami serducho. I uważam, że to jest spoko: mówić o chorobach psychicznych w taki sposób. Niech ten temat trafi pod strzechy i do mainstreamu, niech ludzie, na wszelkie sposoby, także takie, dowiadują się, że depresja istnieje, depresja jest chorobą i depresję się leczy.
Nazywanie tej książki wybitnym dziełem literackim utwierdza mnie w przekonaniu, że ludzie już od dłuższego czasu nie wiedzą, czym jest prawdziwe wybitne dzieło literackie.
Książka, która jest równocześnie bardzo zabawna i porażająco smutna. Depresja czy dwubiegunówka czynią z człowieka świetnego aktora, który zbiera oklaski, a później płacze w poduszkę. Ta opowieść przejechała po mnie jak walec.
poważny temat, lekko podjęty, ale mnie wymęczył. raczej nie jestem adresatka, nie jestem w bańce. taki millenialski sposob mowienia o zdrowiu psychicznym, ale juz sie to wszystko widzialo na fejsbukowych memach
Odbijałam się od tych ą ę zdań może dlatego, że mam teraz epizod depresyjny (he he), a może dlatego że to ironiczno-anegdotyczne życiopisanie już mnie nie interesuje. Wszyscy piszecie o tym samym, o tym że serotonina się nie chce wydzielać (bullshit), że przykro, bo jest się uprzywilejowanym i trochę wstyd, że Polska daje kolektywną traumę, że mama Freud i penisy. Nic nie robi na mnie wrażenia i nawet nie mam współczucia, mam tylko zmęczenie materiałem. I wcale nie jest to śmieszne.
ciężko ocenić mi ją ocenić w skali 1-5, bo nie wiem, co i dla kogo to w sumie było. czy jest to memoir? poradnik? książka typu self-help? nie wiem. momentami ciężko mi się ją czytało, nudziła mnie i musiałam ją odkładać na pare godzin. ale były też momenty zabawne, przez co chyba książka była jeszcze smutniejsza, były mądre cytaty i fragmenty, z którymi po prostu się zgadzałam i trafiały do mojego serduszka.
szybko się czyta, ale szybko tez się można zmęczyć językiem jak z blogspot.pl, częstymi, a nie zawsze mega trafnymi porównaniami i sprintowaniem wszelkim kosztem do bystrej puenty
ta książka była dla mnie utwierdzeniem w tym, że nie jestem wariatką i nie jestem jedyną osobą na świecie, która w taki sposób przeżywa swoją depresję i stany lękowe. a to bardzo pocieszająca myśl.
sposób w jaki emilia dluzewska pisze o swoich przeżyciach mocno do mnie trafił — przez sam fakt tego, że autorce łatwo przychodzi zmienianie naprawdę poważnych tematów w lekki, ironiczny żart. to jeden z wielu, przynajmniej dla mnie, mechanizmów obronnych, które pozwalają w otworzyć się przed drugą osobą.
książka idealnie pokazuje to, jak wygląda depresja. pokazuje przede wszystkim to, jak nudna potrafi być. mówi o lęku przed zimą i o jej końcu. o triumfalnym 'przezylam!', gdy pojawia się pierwsze wiosenne słońce. mówi o zamartwianiu się wszystkim w kółko. o zaczynaniu nowych leków, ich skutkach ubocznych i o lęku przed lepszym samopoczuciem. to tematy mi tak bliskie, że nie potrafiłabym przeczytać ich ze zobojętnieniem. mam w niej zaznaczone wiele cytatów, z którymi po prostu się utożsamiam.
chętnie przeczytałabym coś jeszcze od emilii dluzewskiej, nawet, gdyby nie miało dotykać tak bliskiego mi zagadnienia.
Kupiłam bo była promocja bestsellerów. Tytuł przeciągnął mnie, osobę z zaburzeniami osobowości, o charakterze lękowym, z zaburzeniami lękowo – depresyjnymi. Zawiodłam się jednak po pierwszych kilku rozdziałach, które wydawały się zabawne ale myślałam, że zmierzają do czegoś. Czytało się szybko ale przyznam, że ostatnie strony kończyłam z frustracją „zmarnowania czasu”.
Jest to post na instagramie, a nie książka. Zupa która momentami ma elementy pamiętnika, zinternalizowanej głęboko mizoginii, biografii, kawałki wstawek o „chorobie” - objawy tej choroby jednak pokrywają się z innymi chorobami a jak wiadomo zespoły zaburzeń, choroby, zaburzenia osobowości to nie monolit podobnie jak ludzie, którzy przez nie cierpią. Kończysz jeść tą średnią zupę wieloskładnikową, która pod koniec okazuje się że jest książką przewodnikiem (?). To tak jakby na dnie żurku znaleźć kartkę, że to w sumie miał być tonkotsu ramen. Jest to żurek jednak Amino, a nie że u babci.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Jak zaczynałam to czytać, to miałam wrażenie, że może to nie będzie lektura dla mnie, bo przecież ja doskonale wiem, jak płakać w miejscach publicznych.
Dla mnie za mało prywatne jak na coś, co generalnie nie ma fabuły. Takie anegdotki, że no słyszy się podobne wszędzie i zawsze i ma się takie w gotowości na przodzie mózgu, żeby się podzielić i żeby wszyscy się śmiali. Trochę wajb poradnika dla millenialsów ale takiego jazzy i cool i na luzie 🤙
Na początku było świetnie, ale z każdą kolejną stroną temat coraz mniej mnie interesował, a samo czytanie jej było męczące, podoba mi się w niektórych momentach humor tej książki, ale sam on nie wystarczył
Książka Dłużewskiej to kolejna opowieść wpisująca się w autofikcyjny a może autoterapeutyczny trend. Autorka opisuje swoją drogę do diagnozy depresji a potem choroby afektywnej dwubiegunowej oraz życiu codziennym w kontekście tych chorób. Robi to w formie krótkich rozdziałów poświęconych różnym aspektom życia - tytułowe płakanie w miejscach publicznych to właśnie jeden z takich mini-rozdziałów. Jej proza podszyta jest ogromną dozą humoru, a właściwie autoironii, co mnie akurat bardzo pasuje.
edit: ta recenzja jest skrótowcem moich myśli, nie ma na celu umniejszania problemom psychicznym ogólnie i samej autorki absolutnie, mam świadomość "ważności" takich tematów, ale ujęłam to sb w taki sposób bo myślę, że każda osoba czytająca te recenzje (mwa, basiulka i martarower +osoby pokrewne) wie, że pisząc w ten sposób nie uważam że to wymysł itd itp etc dziekuje papa
nie wiem czy książki tego typu da się oceniać wyżej, bo one w większości są po prostu, no - są
ta z humorem, krótkimi rozdziałami, czuć też, że autorka nie ma doświadczenia w pisaniu książek, ale nie przeszkadza to w lekturze
nie wiem co więcej powiedzieć, bo to ani wiele nie wnosi, ani nie wzbudza jakiś większych emocji (chyba, że to mój subiektywny ogląd, ale raczej nie znam osób dla których informacje z tej książki byłyby jakkolwiek mind-opening, raczej jest to powszechna wiedza)
przeczytane bo byłam na spotkaniu z autorka w ramach festiwalu feminatywa, ogółem pewnie bym nie sięgnęła, lecz nie było to złe - po prostu w najszczerszym tego słowa znaczeniu, mid