Życie kapitana Williama O'Connora znów układa się nie tak jak powinno. Wciąż nie wyrzucił z załogi kuka Butchera i nadal wykazuje odporność na wszelkie rozsądne rady. Co gorsza, piraci Szalonego Hrabiego Christophera de Lanvierre, choć pokonani na Barbados, tańczą na ruinach kolejnych angielskich miast, a diabły morskie, jak na złość, zaczynają się mnożyć. Powodowany chorobliwą szlachetnością O'Connor rzuca wyzwanie de Lanvierre'owi i jego krwiożerczym stronnikom, lecz nie wie, że los szykuje dla niego pułapkę. Dzielnego kapitana fregaty "Magdalena" czeka gra w kości z diabłem morskim, walka o duszę hiszpańskiego admirała, gościna u piratów, malutkie trzęsienie ziemi, zmagania z Czarnym Szkwałem, kilka beczek malagi oraz najdzikszy abordaż w historii wojen morskich. Tymczasem myśli O'Connora przesłania postać powabnej Manueli, która jednakże bynajmniej sobie nie życzy, by ktokolwiek o niej marzył.
Urodził się 5 kwietnia 1976 roku w Poznaniu, który stał się pierwszą miłością jego życia. Kolejne spotykał stopniowo, a były to: muzyka rockowa i metalowa, mistyka Skandynawii, epoka wielkich żaglowców, aż wreszcie pisarstwo. Już podczas studiów parał się pisaniem artykułów o tematyce erpegowo-historycznej do czasopism „Magia i Miecz” oraz „Portal”. Jest autorem powieści „Ostatnia saga”, jej kontynuacji „Wojna runów” oraz „Świt po bitwie” oraz dylogii „Karaibska krucjata”, na którą składają się tomy „Płonący Union Jack” i „La Tumba de los Piratas”. W lipcu 2007 zadebiutował w Fabryce Słów powieścią "Ragnarok 1940”. Za niedościgniony wzór uważa Patryka O’Briana, którego powieści pracowicie przekłada na język polski. Trudną dolę tłumacza łączy z pracą nauczyciela i lektora języka angielskiego. Latem - pod pozorem pracy pilota wycieczek - ucieka w chłody Islandii. Pasjonat ciszy i spokoju, strażnik ogniska domowego, poszukiwacz nieprzetartych szlaków pośród puszcz i jezior, co stało się kolejną miłością jego życia. Największą jest jednak Marta, z którą pewnego lata wziął ślub w cudownie pachnącym kościółku z drzewa modrzewiowego. Wkrótce został ojcem małego Michałka, który również bardzo lubi książki.
Może to kwestia tego, że poprzednią część czytam dawno temu, ale strasznie dużo osób tutaj się przewinęło, ja totalnie nie pamiętałam kto jest kim i jakie są powiązania między nimi, a niezbyt to było nakreślone jako taka przypominajka. Niemniej bardzo dobrze spędziłam czas, ale wy w sumie wiecie że ja uwielbiam pana Marcina.
Kolejne przygody Williama O’Connora i Edwarda Love’a i Vincenta Fowlera, porwały mnie w morską wyprawę od pierwszych stron. Zdecydowanie szanuję przypomnienie wydarzeń z poprzedniego tomu, co pozwoliło mi się od razu odnaleźć w tej historii.
W tym tomie William decyduje się na szalone czyny w końcu chce stawić czoła Christopherowi de Lanvierre, pogonić Hiszpanów, załatwić każdego pirata, który się napatoczy i ocalić wyspy Kanaryjskie. Łatwizna.
Łupów z tego nie ma, straty są wielkie, a morale upadają, bo za satysfakcję i samarytańskie gesty mało, który korsarz chce się fatygować.
Tak jak i w poprzednich tomach, mamy tu sporo morskich przygód, bitew i oczywiście rozterek sercowych oraz tęsknot Williama za gorącą Hiszpanką Manuelą. Co do Manueli, to dalej nie mogę jej zdzierżyć, furiatka, temperamentna baba, zero logiki, trzęsie się nie wiadomo, o co, w gorącej wodzie kąpana. Naprawdę nie wiem, co Billi w niej widzi, bo ta zołza zachowuje się okropnie przez całą książkę.
Na szczęście pojawiło się kilka fajnych postaci jak kuzyn pana Love, James Love, nawiązania do innego znanego powszechnie bohatera nasuwały się same. Zdecydowanie ten zabieg dodał humoru całej historii, mimo że na jego brak, żadna książka pana Marcina nie narzeka. No i oczywiście postać Kuka Butchera to jest dopiero gość, też nie odmówiłabym mu pożyczenia lusterka :).
Podobało mi się, że załoga „Magdaleny” nie idzie za O’Connorem jak owce na rzeź. Fakt są mu oddani, ale potrafią mu wygarnąć i pokazać jak coś jest na rzeczy. Przyjaźń z Edwardem i Vincentem jest jednak tak mocna, że ci dwaj nawet w najbardziej nieprzemyślanych i szalonych akcjach nie zostawiają Williama na lodzie, chociaż czasem nasz obrażalski kapitan zasługuje na otrzeźwiającego kopa w cztery litery.
Żałuje jednak, że Edward został pozbawiony możliwości spełnienia swoich marzeń w końcu wbiegnięcie na idącego słonia, czy pokonanie demona to nie byle, co. Kto wie może, jeszcze będzie miał szansę, jeśli Pan Marcin postanowi wrócić do tej serii.
Autor poświęcił sporo czasu w historii duchom i zjawiskom nadprzyrodzonym. Za każdym razem, gdy ci się pojawiali robiło się ciekawie, a i do diabła morskiego zapałałam dużą sympatią. Niestety czarne charaktery, mimo że zostały jasno określone, to wydało mi się, że za mało tego ich zła było widać.
Oczywiście nie mogło zabraknąć humorystycznych sytuacji i dialogów. Śmiałam się w głos czytając niektóre teksty, nawet, jeśli trochę podchodziły sucharami przykład poniżej :) „.. Jak się nazywa to miejsce, w którym chrześcijanie opowiadają świństwa? - Konfesjonał..”
Zachęcam was do przeczytania tej serii, bo to fajna morska przygoda. Lekka, zabawna i pomysłowa. Polecam. Dobra rozrywka.
La Tumba de las Piratas to książka Marcina Mortki, w której powracamy do przygód Williama O'Connora w starciu z Czarnym Szkwałem. Książkę wydało Wydawnictwo SQN.
Książka jest pełna morza. Nie ma co się dziwić, skoro akcja dzieje się na statku, a bohaterowie poruszają się w obrębie Wysp Karaibskich. Czuć żeglarski, a nawet wręcz piracki klimat, którym cała opowieść jest przesiąknięta.
Dzieje się naprawdę bardzo dużo. Trzeba przyznać, że O'Connor nie ma chwili na wytchnienie. Znów trafia do więzienia, znów musi się ratować ucieczką, znów wydaje się w morskie pościgi oraz bitwy, które wydana się być z góry przegrane. A jednak mało co się tego kapitana tyka.
Bardzo podobało mi się, że autor sięgnął po historyczne postacie piratów i stworzył z nich duchy. Wizyta na tytułowej wyspie-grobowcu była jednym z ciekawszych momentów powieści. Zagwarantowała sporą dawkę magii, ale także pokazała, jaka jest stawka krucjaty, którą objął główny bohater.
Tekst stanowi umiejętny balans między przygodą, akcją a absurdalną komedią. Chociaż szala dość często przechyla się w stronę komedii. Uwielbiam, w jaki sposób pracuje umysł autora i tworzy kolejne zabawne sceny, ale chyba najbardziej uwielbiam go za Jamesa Love'a. Okazał się być najlepszą komedią Jamesa Bonda, z jaką się spotkałam.
Finał, choć naprawdę emocjonujący, okazał się dla mnie dość szybki. Miałam wrażenie, że ledwo zdążyłam mrugnąć, a zagrożenie zostało pokonane. Zabrakło mi chyba trochę miejsca na popis dla głównych bohaterów, nie tylko dla O'Connora. Rozumiem wybór, by stoczyć pojedynek sił nadnaturalnych bez większego mieszania do tego ludzi, ale przez to miałam wrażenie, że postacie zostały odsunięte na bok.
Jednak nie zmieniło to faktu, że bardzo dobrze bawiłam się przy lekturze i nie raz śmiałam się nad książką. Załoga Magdaleny to zbitka charakterów, do której chętnie jeszcze powrócę.
🐚🦑 Czy ktokolwiek jeszcze pamięta jak w marcu tego roku zaczęłam swoją piracką przygodę według Marcina Mortki? Nadal jest mi jej mało więc kiedy SQN zapowiedziało, że odświeża kolejny tom przygod William O’Connora stwierdziłam że wskakuję to niczym wydra w rześki strumyk (tak to ja — ta od pokracznych porównań) a jak wyglądała moja przygoda z La Tumba de las Piratas?
*ekhem ekhem* ...... ge nia l nie ! ...ale ciiiiii...🦑 🦑
🐚🦑 W tej części kapitan O'Connor wraz ze swoją załogą trafia na tajemniczą wyspę. Dlaczego tajemniczą? Ponieważ nie ma jej na żadnej mapie, a wszyscy mówią, że jest nawiedzona! Jakby to samo w sobie nie było wystarczająco skomplikowane, nasza grupa natrafia na duchy oraz olbrzyma ludojada... To naprawdę świetny przepis na wakacyjne czytanie! Co zrobi William i jego ekipa, gdy odkryją, że ich przeciwnik posiada nadprzyrodzone moce? Zbliża się starcie, które zmieni wszystko...
🐚🦑 Ten tom dosłownie kipi akcją! Bitwa goni bitwę, co sprawia, że książkę dosłownie pochłania się jednym tchem. Przyjemnym akcentem jest kontynuacja wątku romantycznego z poprzednich części, choć jego zakończenie łamie serce ;-;" Na szczęście William, mimo przeciwności losu, uparcie brnie naprzód, wciąż wspierany przez Diabła Morskiego. Tylko... dokąd to wszystko go doprowadzi?
🐚🦑 Ah! Marcin naprawdę umie w genialne powieści przygodowe dla każdego odbiorcy niezależnie od wieku. Cykl Karaibska krucjata jest cudownie uniwersalny. Młodzi znajdą w tym przygodę, nieco starsi mądrze zakamuflowane morały, które każdy z nas musi sobie czasami przypomnieć. Dlatego, jeżeli chcecie książki, która nie będzie od was wymagać — a na dodatek rozleje wam takie cudowne ciepełko po serduszku wtedy La Tumba de las Piratas jest bezapelacyjnie wyborem dla was!
Przedstawiam Wam książkę, w której trafiłam na coś tak genialnego, że powinno być powtarzane w każdej powieści (oczywiście jeżeli nie jest jednotomówką), a mianowicie nawiązanie/przypomnienie czytelnikowi co działo się w poprzedniej części. Tutaj przypomina nam ważne wydarzenia sam główny bohater, co jest jeszcze ciekawsze.
Wracając do sedna tejże historii - jak dobrze było wrócić na pokład Magdaleny i poobserwować kolejne przygody Kapitana O’Connora i innych. Tym razem w książce pojawiają się demony, ale i to co znamy z poprzednich części - dużo akcji, piractwa, świetnie skrojeni bohaterowie (I love Love 😅) i genialnie przedstawione relacje międzyludzkie. To wszystko okraszone dużą dawką humoru tworzy kolejny solidny tom. To nie jest high fantasy, ale wg mnie to dobrze, bo ma szansę trafić także do czytelników, którzy takich książek nie czytają. Raczej nazwałabym ją przygodówką z elementami fantastycznymi. Przyznam, że nie była to moja ulubiona część, ale myślę że warto ją przeczytać dla ciągłości serii.
To była dobra rozrywka, jednak muszę powiedzieć że miałam rację przy ostatniej recenzji z tej serii - czytajcie ją zgodnie z poniższą listą: ⚓️ „Płonący Union Jack” ⚓️ „La Tumba de Las Piratas” ⚓️ „Bazyliszek, sztorm i morski kamień”. Wydaje mi się, że w tej kolejności będzie można najlepiej zrozumieć cały cykl, relacje między bohaterami i lepiej się przy tym wszystkim bawić.
Krew leje sie przez szpigaty, papugi okropnie klną a jednooki Polifem zabawia duchy największych piratów wszechczasów. Tak by wyglądali Piraci z Karaibów gdyby za reżyserię zabrał sie Guy Ritchie.
(Kto zaprojektował tę okładkę, OK, pytanie retoryczne bo można znaleźć wewnątrz ale na litość dlaczego ktoś to zatwierdził? Ja wiem, że nie oceniamy po okładce ale są pewne granice zażenowania)
Ciut lepsza niż cześć pierwsza, pół oceny wyżej za doskonałe opisy bitew morskich pomiędzy okrętami, które były tak plastyczne, że nie trudno było je sobie wyobrazić. No i wreszcie pojawia się skarb jak na prawdziwą opowieść o piratach przystało. Niestety akcja znowu nie porywa, miejscami wręcz rołazi się w szwach, ogólnie raczej nie będę już sięgał po prozę tego pana.