Życie Eustacii Rose nie będzie – jak mogłoby sugerować nazwisko – usłane różami.
Rok po śmierci ukochanego ojca Eustacia znalazła się w miejscu, które trudno uznać za szczęśliwe, a pogrzebana kariera akademicka nie poprawia sytuacji.
Samotna i wycofana profesor Rose wiedzie niemal pustelniczy żywot, poświęcając się jedynej pasji, jaka jej jeszcze pozostała – badaniom nad śmiertelnie niebezpiecznymi okazami roślin. Toksykologia to największa miłość kobiety, więc nielegalny ogród, uprawiany na dachu budynku, stanowi istne laboratorium botaniczne, gdzie przeprowadzane są eksperymenty oraz… wnikliwe obserwacje najbliższego sąsiedztwa.
Pewnego wieczoru, podczas rutynowego obchodu, Eustacia dostrzega coś niepokojącego. Mieszkająca naprzeciwko – piękna i intrygująca Simone – zostaje porwana. Profesor Rose, przejęta losem tajemniczej dziewczyny, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i rozpocząć osobiste śledztwo. Niestety, sytuacja się komplikuje. Dochodzi do morderstwa, z prywatnej kolekcji kobiety ginie jedna z trujących roślin, a ona sama znajduje się w bardzo trudnym położeniu. Dociekliwy nadkomisarz Roberts jest przekonany o jej winie.
________________________________________
Nie ukrywam, że hasło „kryminał botaniczny” wywołało we mnie niemałe zainteresowanie. Dawno bowiem nie miałam styczności z czymś, co stroni od gatunkowego schematu, a powieść Jill Johnson zdecydowanie odbiega od wszelkich możliwych, oklepanych konceptów – począwszy od samej intrygi, a skończywszy na głównej bohaterce tego nietypowego dramatu. Bo tak naprawdę, pomimo oczywistej przynależności gatunkowej, historia Eustacii Rose nieco ociera się o obyczaj. W ogólnym rozrachunku nie przeszkadza to wcale (ba – wyśmienicie uzupełnia i ubarwia treść), ale zasadniczo tego wątku pominąć się nie da.
Siłą napędową „Czarciego ziela”, wbrew pozorom, nie będzie więc zagadka zaginięcia tajemniczej Simone, a raczej perypetie związane z jej poszukiwaczką – ekscentryczną, skrajnie wyalienowaną profesorką botaniki, prowadzącą od ponad dwudziestu lat nielegalną uprawę zabójczych roślin na dachu swojego uroczego mieszkanka. Brzmi nietypowo? I rzeczywiście – nietypowo jest.
Jill Johnson, oprócz całkiem zmyślnej intrygi, wykreowała rewelacyjną postać, z którą wręcz nie sposób nie sympatyzować. Eustacia Rose łączy w sobie całe mnóstwo przeciwstawnych cech, wspaniale wyróżniających ją na tle innych bohaterek literackich.
Choć daleko jej do ideału charyzmatycznej, samozwańczej detektywki, nadal jest szalenie atrakcyjną postacią: diablo sprytną, nieprzeciętnie bystrą, inteligentną, obdarzoną doskonałym zmysłem obserwacji, a przy tym… odrobinę niezdarną, nieco nieudolną społecznie, zgryźliwą, zrzędliwą, z ogromnymi pokładami wisielczego humoru i pesymistyczną filozofią życia. Wyobrażacie sobie ją w akcji?
Smaczku dodaje sensacyjny wydźwięk i jeszcze jedna tajemnica, związana z przeszłością profesor Rose. Johnson prowadzi tutaj niejako dwie linie fabularne – w jednej rozgrywa się dochodzenie dotyczące nagłego zniknięcia Simone, w drugiej: coś, co wydarzyło się rok wcześniej i stanowi odpowiedź na aktualne położenie Eustacii.
Taki zabieg to doskonały wabik dla czytelnika. Karty odkrywane są powoli, jednak za sprawą odpowiednio utrzymanego napięcia oraz podrzucanych wskazówek z niesłabnącym zainteresowaniem śledzi się przebieg wydarzeń.
Uników, mylnych tropów, dziwnych powiązań i fałszywych znaków jest sporo – momentami trudno doprawdy dociec, jaki motyw kieruje sprawcą. Lub sprawcami. 😉
Niebagatelną rolę w „Czarcim zielu” odgrywa również wspomniany wątek botaniczny. To nie tylko element dekoracyjny (choć rzeczywiście tworzy wyjątkowo malowniczą inscenizację), ale też bezpośrednia przyczyna całego zamieszania.
Jill Johnson idealnie wykorzystuje ten nietypowy aspekt, osadzając go w samym centrum powieści – wszystko bowiem kręci się wokół roślin i śmiertelnie trujących substancji.