Tak po prawdzie, to najmocniejszą stroną tej książki jest prolog – 80 stron czystej mięsistości, świetny pomysł na fabułę (bo umówmy się – ogromne tajemnicze kosmiczne rośliny produkujące absurdalnie ogromne ilości cyjanowodoru, które nagle pojawiają się na Ziemi i swoją obecnością tworzą strefy śmierci w samym środku wielkich miast– to brzmi fascynująco). Od początku dużo się dzieje, no jest wspaniale!
A później trochę to wszystko trafia szlag i dostajemy Milkę, która jest dziewczyną wyciągniętą z jakiejś słabej komedii romantycznej – nieśmiała szara myszka, podkochująca się w dowódcy drużyny Os (swoją drogą – tajemniczy i niedostępny, no wykapany bad-boy z takiej samej komedii), która dodatkowo nie zna swojej wartości, nie wie czy się nadaje na członkinię tak elitarnej ekipy, nie spodziewała się, że komukolwiek mogłaby się podobać – i generalnie te wszystkie cechy nakładając się na siebie sprawiają, że jest irytująca do granic możliwości.
Takim oto sposobem skupiamy się na Milce, a cała akcja (która przecież zapowiadała się tak ekscytująco!) i ta mała warszawska apokalipsa związana z Fiołkiem gdzieś się gubi, zwalnia i generalnie schodzi gdzieś na boczny tor. Żeby to napędzić, autorka dorzuca różne wątki sensacyjno-kryminalne, ale to tylko wprowadza więcej chaosu, a jak powszechnie wiadomo, łapanie kilku srok za ogon jednocześnie nigdy nie kończy się dobrze.
Całą sytuację ratuje trochę sam styl pani Kozak, bo przez książkę wręcz się płynie i pomimo sporej objętości można przeczytać ją na dwa razy i stąd 3 gwiazdki (a nawet trochę skłaniałabym się w stronę 3.5).