Długo byłam namawiana do tej książki i długo nie mogłam się za nią zabrać, tymczasem jest naprawdę świetna, jak przystało na polskie sci-fi. O ile polskie fantasy nie ma zbyt wielu chlubnych przypadków przyzwoitej prozy, o ile wśród świetnych polskich pisarzy sci-fi można przebierać. Proza Kosika przypomina mi odlegle Mieville'a lub Robinsona - tu też na pierwszym planie jest świat przedstawiony i to właśnie on stanowi najciekawszą część powieści. Chciałoby zanurzyć się w nim głębiej, sięgnąć po artbooki i mapy, zobaczyć wizualizację tej szalonej czasoprzestrzeni, która wymyka się nawet wyobraźni. Niełatwo stworzyć w głowie obraz tego świata, a kiedy już się to udaje, do głosu - obok przestrzeni - dochodzi czas i wszystko staje się znacznie bardziej skomplikowane. Nie jest to może naukowy hardcore na poziomie Wattsa, ale Kosik także zmusza do umysłowej gimnastyki.
Podobnie jak u Mievilla, na tym bogactwie świata przedstawionego cierpią nieco bohaterowie i sama fabuła - ci pierwsi wydają się możliwi do zastąpienia w każdej chwili, ta ostatnia zasadza się w sumie jedynie na eksploracji świata: potrzeba jego zbadania, poznania, dotarcia do sensu i celu to jedyne paliwo akcji i ci, którzy w prozie szukają przede wszystkim dynamiki i piętrzących się przed bohaterami przeszkód, mogą być rozczarowani. Kosika polubią jednak na pewno ci, którzy w sci-fi cenią przede wszystkim popisy wyobraźni autorów i rozmach przy kreowaniu alternatywnych rzeczywistości.
Dobre sci-fi jest tak naprawdę o tym, dokąd zmierzamy jako ludzkość i co sprawia, że jesteśmy ludźmi, co konstytuuje samą istotę człowieczeństwa. Zamiast w stronę filozoficznych rozważań Kosik idzie jednak w kierunku polityki i analizy modeli społecznych, z wyczuciem i sporą dozą wiarygodności portretuje instynkty, zachowania, zrywy i popędy, rzucając dość wyraźnie kamykiem w stronę klasy rządzącej - zarówno polityków jak i naukowców czy kapłanów, grup kształtujących opinię społeczną i decydujących o tym, które informacje powinny przedostać się do powszechnego obiegu. Ustroje politycznie, tu wypaczone i karykaturalnie przerysowane, odsłaniają w "Verticalu" swoje słabe strony, patologie i absurdy.
"Vertical" nie jest jednak wolny od wad - dziwi to, że mieszkańcy podniebnych miast operują tak bogatym słownictwem i zaskakująco szybko adaptują się do nowych, skrajnie odmiennych, warunków. W naturalny sposób nazywają obiekty, w którymi wcześniej nie mogli mieć do czynienia; o ile można przyjąć na wiarę geniusz głównego bohatera, który instynktownie rozumie fizykę obserwowanego świata, to trudno nieco przełknąć, kiedy pierwszoosobowy narrator nagle nazywa przedmioty nieznane bohaterowi wcześniej. Jeśli jednak przymknąć na to oko, można dać się ponieść. Przeczytać w każdym razie zdecydowanie warto.