Widmokrąg to zmagania miłosne opowiadane i przeżywane na tak różne sposoby, jak różnią się ich bohaterowie. Realistyczne historie niepostrzeżenie przeobrażają się w opowieści niesamowite; zaświaty biorą pod rękę świat rzeczywisty. Duchy i niedźwiedziołaki są w zbiorze Kuczoka bytami uprawnionymi na równi ze zwykłymi ludźmi. Powiada się, że człowiek pochłonięty kochaniem traci kontakt z rzeczywistością; Widmokrąg pokazuje, co się dzieje, kiedy to rzeczywistość traci kontakt z człowiekiem. Każde delirium amoroso jest tu osobnym studium psychologicznym, ale i językowym. Jak w swoich pierwszych tomach, autor stawia na polifoniczność prozy. Groteska i pastisz przeplatają się z tekstami pełnymi liryzmu i melancholii. Po Gnoju, a przed Pleśnią - planowanym domknięciem dylogii piekła rodzinnego, Wojciech Kuczok wraca do krótkich form, a także do ulubionego tematu: ludzkiej seksualności.
Przeczytawszy wcześniej "Gnój" po tej powieści spodziewałam się czegoś rónwnie przygnębiającego. Na szczęście nie było tak źle. Temat miłości był nieco bardziej wdzięczny, ale nadal dość trudny. Historie przejmujące, czasem bardzo smutne, wzruszające. Bardzo lubię tego autora!
Kuczok porywa naszą rękę w parku, na ławce, łapie i nie puszcza, ręka nasza wpierw boli, odwraca się ze wstrętem, bo to brudne, żebrzące, paskudne, ale on trzyma, trzyma mocno i nie puszcza, pociąga lekko, pociąga mocniej, za rękę prowadzi, wodzi, przechodzi, wyprowadza, przepuszcza wreszcie, przepuszcza przez swoje wiry słowne, a my wolno, wolniutko głowę odwracamy, rękę wyciągamy, dłoń otwieramy, wraz z nim obracamy się, zwracamy, wtulamy, odnajdujemy w sobie dwugłos, maskę, gębę, macamy nasz bas, nasz marsz, naszą szafę, pewni jesteśmy, w kieszeni nam się pręży, woła, by zostawić tę rękę obcą, choć tak miłą, zostawić obcesowo, proszę pana, ja sobie nie życzę, tyle tego, gdzie to zdanie się kończy panie kochany, ja tu liczę skrzętnie przecinki i kropki nie widzę, a zdanie się ciągnie, ciągnie i przeciąga, i uwodzi, i zwodzi, i idziemy za nim jak pies, jak psiak za kością, który obgryza tę rękę, te palce wyciągnięte, wszystkie pożera łącznie z dłonią, i już zachłannie, już chce, już tak bardzo chce, odkrywa, wychodzi, oddaje, oddaje wszystko, łapczywie, tam w parku.
No i już w to wdepnęliśmy, w apokryf wpadliśmy po pas, a tu już interludium rozbrzmiewa, kolejna opowieść wpycha się cielęcym tańcem przez oczy, tam piękno gór, prostota, bydło, pola, i te nogi, te nogi Marylki bose, grube podeszwy stóp przemierzyły już wszystko prócz jego komór, serce migota przedsionkami, gdy patrzy zza płotu, oczami strzyże, już ogłupiał, już go porwała, choć nawet jednym oczkiem nie rzuciła, już on w jej pierwotnym władaniu, już on będzie oddawał ceperskie swe zapędy wszystkie, wychowanie całe, ciało swe blade, by tylko jej dosięgnąć, by w nią się wtopić, by z nią w te jedne wakacje się sponiewierać i oddać całe swoje jestestwo, by porzucić wszystkie konwenanse i oddać się naturze, jak pan Bócek chciał.
A tu już widmokąg się rozciąga jak widmo okiem sięga, już tu uczucie najczulsze wybucha, dojrzałe jak jabłko czerwone, szczęśliwe i syte, a jednak nie mogą się sobą nakochać, nie mogą się zostawić, poza tymi drzwiami ich miłości nic się nie liczy, tylko tło jakieś zdradliwie, bo oni wciąż tacy zadziwieni sobą nawzajem, tym jak ona się w pościel zawija, jak on nigdy jej nie zostawia samej na jawie, jak jej włosy zasypiają i jak on zawsze czeka, zawsze w oknie się świeci jego, on zawsze już w progu jak ona po schodach, i choćby najgorsze, choćby choroba, śmierć, sen czy rzeczywistość, oni będą sobie wierni, białym kłamstwem szyte ich piękne wspólne życie.
Dalej stara królowa pochyla się nad swym ciałem niebieskim, ociężałym, schorowanym, połykając pigułki jedna za drugą, telefon za telefonem, nieznaczące rozmowy, płytkie, pospieszne, gorzkie, a miesiąc za miesiącem, i tylko ten listonosz co z rentą przychodzi, i nic więcej z gawrze tej wielkiej niedźwiedzicy się nie dzieje, a ona tylko narzeka, tylko się żali, tylko martwi się wszystkim, i zdrowiem, i córką, i życiem, i śmiercią, i snem, i jawą, a tymczasem jej nogi ledwie przebierają, ledwie jeden krok za drugim, a tymczasem znicz drogi w trzęsącej się dłoni, bo brzózkę ścięli, a ona tylko po tej brzózce widziała który grób, i siada, łka, płacze, ryczy, kołyszą się znicze w siacie, do męża nie może trafić, nie trafi póki sama nie wysiądzie z terkoczącego powoli pociągu, a on jej nie powita na drugiej stronie, kochany, znany, wytrwały.
Wreszcie samotność bierze sprawę w swoje ręce i oszalała, rani wszystkich wokół i samego siebie, zabijając jak psa, jak uciążliwie szczekającego jamnika u sąsiada.
Nie umiem i nie chcę pisać o tekstach Kuczoka jak o innych - mówiąc, co jest walorem, co było słabe, a co średnie. Może dlatego, że w tej prozie nie ma nic słabego, ani średniego. Walorem jest warsztat. Powiedziałabym nawet wirtuozeria warsztatowa. Kuczok pisze bardzo dojrzale i swobodnie. Bywa prowokujący i wulgarny, ale cały czas dba, by słyszalna była linia melodyczna, tzw. „temat” utworu (znowu nawiązując do muzyki), który jest liryczny i melancholijny. Niesamowita umiejętność operowania słowem i szacunek do słów - u Kuczoka każdy wyraz ma swoje miejsce i jest po coś. Chylę czoła kolejny raz.