Wielkorządca Antypater wracał z objazdu kraju do stolicy, postanawiając wysłać list do Aleksandra z prośbą o uwolnienie uwięzionego zięcia swego, księcia Lynkestis. Córka przestała już nalegać o to, sprawa była drażliwa. Lynkestis, podejrzany o udział w zamachu na Filipa, a przynajmniej o zamiar wykorzystania go dla zagarnięcia berła Macedonii, tylko dzięki Antypatrowi uniósł głowę...
W końcu sam tytuł trzeciego tomu tej antycznej trylogii jasno sugeruje, kto jest tu postacią centralną i czyje losy prowadzą nas przez tę opowieść. Aleksander wraca na pierwszy plan w pełnej krasie – jako zdobywca, strateg i człowiek, który coraz wyraźniej zaczyna przekraczać granice nie tylko świata, ale i własnej natury.
Kontynuuje swoje podboje, rozszerzając imperium nie tylko o Persję, lecz także o kolejne azjatyckie krainy, aż po Indie. Od dwunastu lat nie widział ojczyzny, a pasmo zwycięstw wynosi go na szczyt potęgi. Staje się najpotężniejszym władcą swoich czasów – i właśnie wtedy zaczyna dosięgać go pycha. Przekonanie o własnej boskości narasta w nim do tego stopnia, że pragnie być czczony niczym bóg na Olimpie, któremu coraz śmielej się porównuje.
Powrót do Hellady przestaje mieć znaczenie. Aleksander chce więcej – chce wszystkiego. Między kolejnymi kampaniami oddaje się nocnemu, hulaszczemu życiu, a jego decyzje stają się coraz trudniejsze do zrozumienia. Wśród żołnierzy i strategów zaczynają pojawiać się niepokojące szepty. Podejrzenia o szaleństwo nie biorą się znikąd – rośnie dystans między wodzem a jego ludźmi, a wraz z nim liczba wrogów, których sam sobie tworzy.
Przełomem okazuje się śmierć Hefajstiona – najbliższego druha, powiernika i być może jedynej osoby, która potrafiła go naprawdę zatrzymać. To wydarzenie rozsadza Aleksandra od środka. Ten młodzieniec o niemal nieskazitelnej aparycji zaczyna pogrążać się w rozpaczy, która prowadzi go coraz bliżej wewnętrznego upadku.
Finał opowieści o starożytnej Grecji autorstwa Karola Bunscha wydaje się najmocniejszy z całej trylogii. To nie tylko historia wielkich podbojów, ale też studium człowieka, który – im więcej zdobywa – tym więcej traci. Książka uczy, przybliża realia epoki i kreśli portret postaci wybitnej, która mimo upływu wieków wciąż fascynuje i inspiruje.
Co ważne, powieść nie kończy się wraz ze śmiercią Aleksandra. Otrzymujemy obszerny epilog – gorzki i trzeźwy komentarz do losów imperium, które rozpada się niemal równie szybko, jak zostało zbudowane. To przypomnienie, że wielkie państwa rzadko przeżywają swoich twórców, a miłość, władza i intrygi pozostają niezmienne, niezależnie od epoki.
„Aleksander”, podobnie jak poprzednie części, zdecydowanie zasługuje na mocną polecajkę. To bardzo dobra, wciągająca rzecz z historią w tle – taka, do której chce się wracać, choćby wzrokiem na półce. A ja po prostu lubię takie książki.