Niezłe: chociaż często pojawiają się naciągane wątki a język jest jeszcze dość niewprawny, to i tak zważywszy na konsekwentne milczenie Kresa i Sapkowskiego Robert M. Wegner jest ze wszystkich obecnie czynnych polskich pisarzy fantasy autorem, na którego kolejne teksty czekam z największym zainteresowaniem. W polskiej literaturze gatunkowej istnieje stały deficyt głównonurtowości: w swoim czasie nie dorobiliśmy się odpowiednika złotego okresu fantastyki zachodniej, brakuje polskiego pulpu, krajowej Andre Norton i Roberta Jordana. W s-f "od razu" był Lem a pałeczkę przejął od niego ciągle eksperymentujący, z prędkością nadświetlną oddalający się od klasycznych ujęć Dukaj. Pierwsza znacząca odsłona fantasy u nas była od razu wysmakowaną literaturą, porównywalną do "Silmarillionu" i książek Ursuli Le Guin. Myślę o "Gar'Ingawi" Anny Borkowskiej. Pierwsze mocne wejście także w aspekcie komercyjnym, rynkowym to był parę lat później od razu postmodernizm cyklu wiedźmińskiego. Dopiero od paru ostatnich lat, nie tylko w fantasy ale też na przykład w kryminale, horrorze i nawet w s-f (Kosik) polscy pisarze zaczynają publikować rzeczy nastawione na solidną realizację kanonicznych wymagań danego gatunku.
To co dotąd opublikował Wegner robi nadzieję na udane wzbogacenie polskiej fantasy rzetelnym, pozbawionym ekstrawagancji podejściem do jej podstaw, ale i stwarza twarde oczekiwanie, by Autor napisał wreszcie coś bez jaskrawych wad, pozbawionego wpadek niby łatwych do ominięcia, których jednak zdążył parę zaliczyć. Może sobie nawet ten styl być nadal nie do końca zręczny, nierówny (na przykład obok kilku świetnych porównań jest parę ewidentnie nietrafionych), źródłem obecnego w tekstach humoru może być dalej wypożyczalnia żartów pana Rycha, ale niech chociaż najważniejsze postacie, wątki i decydujące sceny będą dopracowane, pogłębione, lepiej przemyślane, jeśli Autor próbuje chwytać za gardło tylko najprostszymi środkami, to niech ich użycie będzie częściej uzasadnione logiką świata przedstawionego (dlaczego dziesiętnik oddał umysłowo ociężałemu chłopcu płaszcz, skoro to rzecz aż tak ważna dla Górskiej Straży? Przecież od tego gestu nie zależało przeżycie chłopaka, żołnierze nie spotkali go zimą nagiego na szlaku tylko pośrodku miasteczka, cienko ale jednak ubranego ;) Zachowanie dziesiętnika (i przyzwolenie kapitana) jest tym bardziej mało wiarygodne w zestawieniu z wcześniejszą sceną, w której trzech drabów obija chłopaka w zaułku: narrator wyraźnie daje znać, że przecież po odejściu żołnierzy z miejsca zamieszkania chłopaka znów zostanie on wystawiony na dowolne niebezpieczeństwa i kaprysy losu (i okazało się, że jednak jakoś słabo go ta Pani Losu chroniła). Symbol Straży mógł zostać sprofanowany przez niemal kogokolwiek, oddanie go było więc od razu narażeniem całej kompanii na duże ryzyko; a to tylko przykład pierwszy z brzegu, niby błahy, ale rzucający cień na cały główny wątek opowiadania "Szkarłat na płaszczu", niepozwalający wybrzmieć w pełni tragedii, która się w nim rozgrywa).
Jeszcze parę słów o samym świecie. Rzeczywiście nie jest on oryginalną kreacją, ale też kilka schematów, na których oparł się Wegner nie razi, dzięki dwóm (znowu) prostym zabiegom: w początkowych tekstach zbioru, kojarzących się zresztą swoją scenerią i postaciami z górskim motywem w cyklu Szererskim Kresa, realia są pretekstowe, są tylko ledwie narysowanym tłem brutalnych zmagań na lodowym odludziu. Rozgrywki te opisane są dosyć wciągająco, nie ma więc problemu z nieszczególnym settingiem. Dalej okazuje się natomiast, że ten z ogólnej perspektywy wydający się być nieciekawym świat w zbliżeniu jednak odsłania swoje frapujące strony: nie chodzi więc o to, jaki materiał Wegner wykorzystuje, ale jak nim gra. Kolejne teksty powoli odsłaniają układankę, sieć zależności między państwami, klanami i organizacjami bojowymi oraz religijnymi, prowadząc głównych bohaterów prosto w centralne punkty splotu tych zawiłych stosunków. Stoją oni pozornie na uboczu, ale w kluczowych momentach okazują się być tymi, którzy - często nagle i niespodziewanie - okazują się mieć decydujący wpływ na rozwój sytuacji. Takie rozwiązanie zastosowane na przestrzeni paru opowiadań, przy względnej zręczności narracyjnej, może przykuć uwagę czytelnika na tyle, że w kwestii realiów fajerwerki nieskrępowanej wyobraźni nie będą konieczne. Ciekawe, czy Autor odejdzie w nowych tekstach od tej formuły, czy zdoła ją frapująco utrzymać. Jeśli uda mu się zrealizowanie tego drugiego wariantu, to będzie mistrzem balansowania na bardzo cienkiej linie. Z wypowiedzi Wegnera dotyczących zapowiadanej powieści "Niebo ze stali" wynika jednak, że postawi on raczej na wzbogacanie obrazu świata.
Dodam, że już i w opowiadaniach z tomu "Północ-Południe" najczęściej mocno typowe elementy świata są od czasu do czasu jednak ubarwione w miarę świeżo brzmiącą opowieścią lub motywem, minimalne wynoszącym je ponad gatunkową przeciętność. Anegdoty i legendy, w przeciwieństwie do żartów całkiem udanie skonstruowane, są integralnymi, żywo wpływającymi na fabuły składnikami pierwszej części "Opowieści..."; czasem odnosiłem wrażenie, że przeszłość tego świata jest żywsza i oddana bardziej namacalnie, niż jego teraźniejszość; ale ten akcent będzie najwyraźniej konsekwentnie przenoszony w kolejnych tekstach z przeszłości na czas "obecny": legendy odżyją, bogowie powrócą. Powraca pytanie, czy w stylu, który coraz mniej będzie się kojarzył z tym, z czego już fantasy znamy, czy nadal zgodnie z klasycznymi wzorcami. W obu wypadkach utrzymanie czytelniczej uwagi na przynajmniej tym samym poziomie co przy opowiadaniach według mnie będzie wymagało rzemiosła lepszego niż dotąd.