Jestem człowiekiem, który ma talent do wybierania książek i czytania ich będącym nieświadomym tego, że to kontynuacja jakiejś poprzedniej części...
Z "Molochem" Krajewskiego było tak samo. Kiedyś dopadłam jakąś część przygód Mocka u taty, ale nie zajrzałam wtedy, bo byłam za mała i niezbyt mnie to interesowało. "Moloch", którego dorwałam kilka tygodni temu w bibliotece, okazał się moimi drzwiami do twórczości Krajewskiego.
Choć do samego stylu Krajewskiego muszę się jeszcze przyzwyczaić (co tu na razie dużo mówić, skończyłam raptem jedną książkę), to przyznam, że jestem bardzo zaintrygowana samym Mockiem i z pewnością zajrzę do kolejnych książek jego twórcy.
Co do samej książki, to jest to naprawdę dobry kryminał z ciekawą fabułą, mroczną, mającą okultystyczne źródło zagadką oraz tajemniczymi, krwawymi i budzącymi wstręt intrygami pewnej sekty. Choć niekiedy mnie przynudzał, były fragmenty, w których aż czułam ciarki na plecach, zwłaszcza pod koniec.
Bohaterowie, opisy, sama zagadka oraz osłaniane przed czytelnikami życie Wrocławia jak również akcja dziejąca się w krzyżówce historycznych niemieckich ulic zdecydowanie przesadzają o ocenie tej książki, której daję maksimum. Przyznam, że nigdy jeszcze chyba nie spotkałam się w jednej książce z tak doskonale odwzorowanym klimatem lat 20 XX wieku oraz szczegółowymi opisami miejskich ulic, zachowując oryginalne nazwy z tamtego okresu!
Jeśli chodzi o wstępujące w tej książce postacie, prym wiedzie oczywiście główny bohater, Eberhard Mock. W moim odczuciu jest to mężczyzna, który jest doskonałym przyjacielem, niezwykle groźnym wrogiem oraz, może nie do końca, idealnym kochankiem dla kobiety.
Choć wiem, że wymagała tego fabuła książki i tocząca się coraz szybciej po swym torze akcja, uraz mam do Krajewskiego za tak bestialskie pozbawienie rękoma von Hübnera Philippa Kremsa życia. Krems to była postać, która już od pierwszej wzmianki wzbudziła we mnie sympatię oraz rozczulenie, gdy czytałam o jego miłości do swojej przyszłej narzeczonej i żony. Doprawdy, nie rozumiem, dlaczego go zabito, kibicowałam mu chyba najbardziej ze wszystkich bohaterów, by skończył dobrze i oświadczył się swojej ukochanej. Mimo to w ostatniej chwili domyśliłam się jego okropnego losu i wiedziałam, co Mock wyciągnie z wiadra z wodą. Za ten mistrzowski i kompletnie niespodziewany zwrot akcji gratuluję Krajewskiemu, bo naprawdę ciężko mi było się pozbierać po nim i dalej czytać ze świadomością, że lubiany przez mnie bohater już się tu nie pojawi.
Książka była naprawdę dobra i wiem, że wrócę jeszcze do Krajewskiego i Mocka, jak już uporam się z tym co mam na liście. Postaram się znaleźć pierwszą część wszystkich przygód i je stopniowo nadrobić. I choć pewnie sporo czasu zajmie mi przyzwyczajenie się do stylu Krajewskiego, to Mock, już uplasowawszy się na jednym z miejsc w moim sercu przeznaczonych dla moich ulubionych bohaterów literackich, nigdy z go nie opuści, podobnie jak młody Philipp Krems.