Od tego wszystko się zaczęło.
“– Zatem patrolujemy sektor, którego nikt nie chce, z załogą, której nikt nie chce, na pokładzie okrętu, którego nikt nie powinien chcieć – podsumował Cole. – Chyba mamy do czynienia z czysto matematyczną niemożliwością.”
Były Gwiezdne Wojny, był nawet Obcy, ale ani jedno, ani drugie – nawet mimo sympatii, jaką darzyłam i darzę te franczyzy – nie przyciągnęło mnie do gatunku space opery, tak jak seria Starship. Nawet moja miłość do Mass Effecta to tak naprawdę pokłosie właśnie tego.
,,Bunt” nie jest najlepszą książką, jaką napisano, nawet mimo sentymentu w pełni się z tym zgadzam, ale coś mnie w niej złapało na tyle, że od razu zakochałam się w całym gatunku. Miałam pewne obawy, aby wrócić do tej serii po latach… I tak, z większym doświadczeniem czytelniczym, jakie mam teraz ogólnie rzecz biorąc ,,Bunt” wypada naprawdę słabo, choć dalej bawiłam się przy nim równie dobrze, co przy pierwszym podejściu lata temu.
Bo to książka czysto rozrywkowa, przez wielkie ,,R”, gdzie sprawy ,,science” w science fiction zrzucono nawet i na trzeci plan, a wszystko kręci się wokół samej akcji. I paradoksalnie jest to też plus – bo lekkość i ,,rozrywkowość” stanowią strawne połączenie dla kogoś, kto chciałby sięgnąć po ten gatunek po raz pierwszy. Nie ma tu przytłoczenia naukowymi terminami i nawet mimo mnogości obcych ras, to te stanowią tylko tło bez większego znaczenia dla fabuły.
To historia przede wszystkim o buntowniczym, ale mającym serce (i rozum) w odpowiednim miejscu komandorze i załodze niezbyt… reprezentacyjnej. Całość śledzi się dla głównego bohatera, Wilsona Cole’a oraz załogi wyrzutków z ,,Teddy’ego R” – to jak (i czy w ogóle) wykaraskają się z kolejnych problemów, które rzuca im los. A te pojawiają się co chwilę, więc nudno nie jest. Dodając do tego charakterystyczne – oraz charakterne – postaci wychodzi wciągająca mieszanka, przy której masz się dobrze bawić. Tyle i aż tyle.
Samo uniwersum i cała intryga są proste, jak budowa cepa i wpisane w schemat prawie każdej space opery – jest ludzkość, zrzeszona w wielki twór wraz z innymi obcymi rasami, jest też inny wielki twór, wrogi ludzkości i obie frakcje się leją. No a ta niby dobra frakcja jest przeżarta biurokracją i ogólnie pojętym “chronidupskiem własnym”.
Wisienką na torcie jest tu Cole. Zwyczajny chłop, z którym chętnie wyskoczyłoby się na piwo, mający swoje wady, ale starający się postępować ,,prawo”. To bohater, który z jednej strony wierzy w pompatyczne hasła o służeniu ludzkości i misji, ale też twardo chodzi po ziemi i prędzej by go piorun strzelił niż sam zaczął rzucać takimi frazesami… Po prostu robi to, co robić trzeba, nie zawsze trzymając się sztywno regulaminu, bo życie i bezpieczeństwo ludzi… i innych istot jest ważniejsze niż jakiś tam regulamin. Stąd konfliktów i akcji tu nie brakuje, przez co nawet jeśli sporo można książce zarzucić – to na pewno nie to, że jest nudno i nie dostarcza rozrywki.
Czy polecam? Tak! Mimo braku oryginalności i niedociągnięć to przyjemna historia z ciekawym bohaterem, dostarczająca rozrywkę. Dla kogoś, kto chce dać szansę gatunkowi, albo chce przysłowiowo się ,,odmóżdżyć” pozycja jak znalazł.
Bo nie wszystko musi być głębokie i z przesłaniem, czasem wystarczy, aby przyjemnie zajęło nam czas i dało się odprężyć oraz przenieść w nieznany, fantastyczny świat.