Bohaterem powieści jest młody mężczyzna, który porzuca duże miasto i pracę na prestiżowej uczelni, by zamieszkać w niewielkim starym domu na Lubelszczyźnie. Początkowo jest zafascynowany nowym miejscem, obcowaniem z przyrodą i nieznanymi dotąd doświadczeniami związanymi z ciężką pracą fizyczną. Zanim rozpocznie się rok akademicki, a wraz z nim nowe obowiązki na uniwersytecie lubelskim, próbuje doprowadzić do ładu zapuszczone domostwo. Wszystko układałoby się jak najlepiej, gdyby nie tajemniczy i ponury sąsiad…
Zacznijmy od tego, że nazwisko Kinga na tych okładkach znalazło się przez pomyłkę. Bo to, że klimat powieści Dardy nie ma absolutnie nic wspólnego z prozą mistrza, to Wam gwarantuję. Fakt, że jakiś autor również lubuje się w rozległych opisach życia codziennego i próbuje straszyć, nie oznacza, że automatycznie można go postawić obok Stephena, który akurat umie w gawędziarstwo i jest w tym świetny. Natomiast Stefanowi jeszcze wiele do niego brakuje.Wątki Dardy są najzwyczajniej w świecie przegadane, nudne. Ciągną się niemiłosiernie i w przeciwieństwie do twórczości Kinga, wcale nie sprawiają, że jakoś szczególnie zżywamy się z bohaterami. Autor na rzecz drobiazgowych opisów zakupu oraz odnowy starej posiadłości spycha na drugi plan NAJBARDZIEJ interesujące aspekty historii - STRZYGĘ, tajemniczego sąsiada i wszystkie dziwne rzeczy, które dzieją się w Wyrębach. Fabuła również nie zachwyca. Jako, że pomysł był mało oryginalny, rozumiem jak trudno jest zainteresować czytelnika, jednak nie jest to rzeczą niemożliwą. Wydarzenia okazały się przewidywalne, zabrakło elementów zaskoczenia. Mimo to, uważam, że prostota nie jest minusem, o ile znajdzie się na nią sposób. Świetnie udowadnia to właśnie Stephen King - jak genialną historię można zbudować na podstawie najbardziej wyświechtanego motywu. Przyznaję, że bardzo mocno uczepiłam się tego (niefortunnego) porównania, ale skoro ktoś odważył się zamieścić tak śmiałe stwierdzenie... Jednocześnie nie odradzam, o ile będziecie nastawieni na typowo odmóżdżającą lekturę, bez analizowania i szukania głębszego sensu. Mnie zgubiły entuzjastyczne recenzje oraz prawdopodobnie zbyt wygórowane oczekiwania.
✔️Marek przenosi się po rozwodzie do nowego domu. ✔️Milion razy odwiedza kumpla Huberta. ✔️Śpi. ✔️Szuka ekipy remontowej. ✔️Remont domu. ✔️Marek poznaje pewnego sąsiada. Nie wiem czy to love story miało być czy po prostu bohater od tak byle był jakiś. ✔️Alkohol. ✔️Jazda do pracy. ✔️Rozmowy o grzybach i chodzenie na nie. ✔️Zabawa w ornitologa.
Rzekomo z grozy: duch, strzyga czy co to było i uwaga bodajże w dwóch krótkich scenach. Tyle.
I ja ją mam uznać za powieść grozy? Nigdy w życiu.
Nie jest strasznie, nie jest mrocznie, nie ma żadnego klimatu, nie ma grozy, nie ma nic. Tak nudnej, nijakiej, bezsensownej historii dawno nie czytałam. Dawnooooo. Bardzoooo słabe dialogi, niepotrzebne opisy wszystkiego i niczego, wszystko rozwleczone. Nie ma żadnej akcji.
Człowiek sięga po powieść grozy a otrzymuje jej strzępki strzępków i tych jeszcze ich strzępków. Gdybym chciała przeczytać lekturę o 🍄 i 🦉 sięgnęłabym po poradniki. No jak tak można? To już nawet śmieszne nie jest.
Nie mam na celu obrażać autora, ale nie mam też zamiaru milczeć kiedy takie coś się dzieje. Ktoś musi. Tego nie tłumaczy nawet to, że to jest „starsza” książka, bo z tego co wiem cechy gatunków nie ulegają drastycznym zmianom.
Przypadkiem zabrałam się za jeden z ulubionych tytułów mojej rodzicielki i... chyba poproszę o dodatkowe miejsce w fun clubie. Przyznaję, że początkowo nastawiona byłam na coś innego. Wszyscy oczekujący ogni piekielnych czy innej teksańskiej masakry mogą nieco się rozczarować. Całe szczęście, rekompensata w postaci przepięknego klimatu (zdecydowanie najmocniejsza strona książki) i bohaterów z krwi i kości, daje radę. "Wyręby" okazały się miłym zaskoczeniem; cieszę się, że kolejne tomy czekają już w domowej biblioteczce.
Czas spędzony w Domu na Wyrębach uważanym za bardzo udany! Jak dobrze było przenieść się z szarej pełnej smogu Warszawy do zielonych lasów Lubelszczyzny. Porzućcie wszelką nadzieję, Wy, którzy wyobrażacie sobie rzadki brzozowy lasek zamieszkały przez przyjazne sarny i zające. Co zatem znajdziemy w położonych na leśnym odludziu Wyrębach? Jak na rasową powieść grozy przystało jest i stary drewniany dom i zdziwaczały opryskliwy sąsiad samotnik i ukryty między drzewami opuszczony cmentarz, a także upiorny, pohukujący po nocach, puszczyk. Obowiązkowo, zjawa prześladująca bezbronnego głównego bohatera też jest! Tym razem pod postacią słowiańskiego demona - strzygi. Debiut Stefana Dardy to horror w stylu klasycznych powieści o duchach. Nie leją się tu hektolitry krwi, odcięte kończyny nie latają na prawo i lewo, trup gęsto się nie ściele. Darda straszy czytelnika w subtelniejszy sposób - autor postawił budowanie atmosfery grozy. Przez całą lekturę czytelnikowi towarzyszy niepokojący, wywołujący dreszcze klimat mrocznych lasów, w których czai się groza. Akcja powieści nie leci na łeb na szyję, jest wręcz dosyć powolna. Na szczęście charakterystyczny lekki i gawędziarski styl Dardy sprawia, że nawet o tak trywialnych, codziennych czynnościach jak parzenie herbaty czy remont dachu czyta się z przyjemnością i zainteresowaniem. Niezwykle realistyczne i obrazowe są opisy przyrody - nie tylko około lubelskich lasów, ale i związanych z ornitologiczną pasją głównego bohatera żurawi. Właśnie, o bohaterach słów kilka! Postaci z “Domu” nie da się nie lubić. Są to tacy ludzie z krwi i kości, typowi Polacy, jednak nie w negatywnym tego słowa znaczeniu - bliżej im do zwyczajnego Kowalskiego, niż do Janusza i Grażyny. W ogóle cała powieść jest bardzo polska (to znów, broń Boże nie jest zarzut!) - są i pijaczki spod wiejskiego monopolowego, i ludowe zabobony i regionalna, niezrozumiała dla typowego mieszczucha gwara. Wspaniałe się to wszystko czyta. Lektura “Domu na Wyrębach”, była dla mnie nostalgiczną podróżą do czasów ledwo pamiętanego bardzo wczesnego, beztroskiego dzieciństwa, do Polski połowy lat 90. Już nie mogę się doczekać kolejnej wizyty w Wyrębach!
Ależ ta powieść ma klimat! Jako miłośniczka lasu i drewnianych domów z wypiekami słuchałam kolejnych rozdziałów audiobooka (czytanego przez Zborowskiego, co dodało mu tajemniczości). Bardzo ciekawa, dobrze ułożona fabuła, świetni bohaterowie i napięcie aż do samego końca. Nie jest to jakiś bardzo przerażający horror, ale zdecydowanie chwilami niepokojąca powieść grozy. Bardzo polecam! Aha, i są tam słowiańskie klimaty, ksiądz egzorcysta i... więcej nie powiem :)
Niepokojąco dobra książka. Nawet pyszna. Jest pięknie napisana, nie uświadczyłxm błędów (rare), a opisy przyrody! Ab-so-lut-nie cudowne. No, właśnie, dużo ich, dużo opisów ogólnie, więc to "utrzymane w klimacie prozy S.Kinga" z okładki jest bardzo prawdziwym i odpowiednim stwierdzeniem. Fabuła przyjemna, książka naprawdę trudna do odłożenia; niech świadczy o tym fakt, że jak przysiadłxm do niej koło południa to nie mogłxm się oderwać aż nie skończyłxm. Naprawdę, szczerze polecam. Ta książka mojego życia nie zmieni i nie wzbogaci, ale dała mi mnóstwo rozrywki, sporo przemyśleń i mnóstwo, mnóstwo satysfakcji: z braku błędów, z dobrze poprowadzonej fabuły, z wiarygodnego głównego bohatera, z solidnego zakończenia. Aha, no i mamy tu tematykę słowiańską, która - choć wprowadzona i poprowadzona ze smakiem - może się w koszmarach w nocy pojawić. Żeby nie było, że nie mówiłxm.
This review will give you spoilers. I won’t hide them, because, do you know what else will give you spoilers? Skipping ahead to check if anything actually happens in this book – which you’ll be doing a lot. Procrastination against the inevitable is futile, and I have no qualms about being the messenger of Fate.
The author, Stefan Darda, lurks on page 2 of his novel with a baseball bat in hand, to beat you half-dead with exposition: the protagonist [Marek Leśniewski] is an academic teacher, but he got fired and divorced his wife, after he was caught doing the rumpy-pumpy with his student in his office, at a university where his father-in-law is the dean.
Now, would you prefer a gradual exposition? A slightly more sophisticated protagonist who’s difficult to read; whose motives for self-imposed exile to the countryside remain unclear, whose private affairs unravel before you slowly, perhaps as he unravels the secrets of his haunted house?
Nah, the author can’t be bothered. He’ll sum it up for you. Hold on to it, because that’s the last moment he’ll be concise.
The rest of his narration is a blur of repetitive word slop. It reveals nothing. It builds no tension. Like a tedious Day In My Life vlog on loop, we’re forced to watch the protagonist wake up and make sandwiches, and open a beer, wake up and make sandwiches and open a beer, wake up, go to his friend Hubert, where they make sandwiches and open a beer… wake up…
What’s that, did you just nod off, my friend? Did you miss the part where the protagonist describes the weather and tells you, it’s his first time picking forest mushrooms? Don’t worry, he describes the weather and mentions it’s his first time picking mushrooms two paragraphs down.
The protagonist informs me on three separate occasions that the builders arrive at his house on Thursday. Why do you keep repeating that information, Mr Darda? Did you forget that you’ve already said it? Don’t you trust that I got it THE FIRST TIME ROUND? Do you want me to put it down in my calendar?
At one point the word salad reaches a whole new level. There’s a sentence – and I’m paraphrasing only very slightly – saying that it was 11:30, and the construction materials should be delivered at 12:00, so they should arrive soon, because it’s 11:30 which is close to 12:00.
Well, no shit.
Look, this is not an academic paper. There’s no need to stuff your chapters with empty word fodder, to plump them up. Have some respect for the reader. If an observation is redundant to the plot or to the exposition, how about you don’t make it? Unless you mean to imply that your protagonist has an intellectual disability, or is losing his grip on time (which could have been interesting, by the way), please don’t have him explain to me that 11:30 is close to 12:00.
By the way, if you’re looking for horror or suspense, or chilling paranormal occurrences, or decent dialogue between characters, move along, because you’ll find none.
Or don’t move along, wait! I’ve had a brainwave. If the protagonist’s daily activities are described so repetitively by the author, what does he NOT mention? Am I right? We know the protagonist goes to pee. Indeed, Darda has graced the noble pages of his illustrious chronicle with bladder emptying on several occasions. But does the protagonist defecate? Is it ever mentioned that he goes number two? I don’t think so. What can it mean?
Of course! This is a novel about the longest self-induced constipation survived by a human being. And what is constipation if not a symptom of Freudian anal-retentivness? Repeating the same details? Supressed desires and supressed memories of toilet-training? Do you know who else can supress your memories? Aliens, after they abduct you. Do you know what aliens use? Anal probes. After all, you cannot say “an alien” without “anal.” Could this book be, in fact, a covert story about one man’s struggle to save his behind from extra-terrestrials? Not a “Stephen King novel” as the cover suggests, but an “H.P. Lovecraft meets The X Files”?
Zdecydowanie jest to mój klimat. Książka jak dla mnie przecudowna, w klimacie bardziej mrocznego thrilleru niż horroru. Miała wszystko co w tego rodzaju książkach lubię - obszerne opisy życia codziennego, tajemniczy dom na obrzeżach wsi, tajemniczego sąsiada i strzygę. Wielki plus za to, że powieść dzieje się w latach 90 na terenie Polski. Po prostu kocham i chętnie sięgnę po drugą część.
"Dom na wyrębach" sprawia wrażenie, jakoby snuta w nim opowieść przebiegała nieco leniwie, a nawet sennie. Początkowo mało istotne wydarzenia w życiu bohaterów, z czasem nabierają ważnego znaczenia do zrozumienia, tego co przeżywają mieszkańcy Wyrębów. Osacza czytelnika wyłaniającą się stopniowo grozą, atakując niespodziewanie i znienacka. Ostatecznym rozrachunku jest zdolny pochłonąć nas w całości, nie pozwalając nawet na chwilę oderwać się od lektury. Darda prowadzi nas na manowce, po bezludnych drogach, pośród głuchego lasu skrywającego w sobie wrogie człowiekowi cmentarzysko, aby za moment wiodąc po nieznanych szlakach, zaprowadzić na urokliwe torfowisko. Wieś w powieści może wydawać magiczna, spokojna i sielska; aby w pewnym momencie uzmysłowić, że z Wyrębów nie da się uciec i zapomnieć o nich. Nawet będąc kilkadziesiąt kilometrów dalej, one będą nieustannie obecne. To historia nawiedzonego miejsca, wywołującego wyrzuty sumienia i przypominającego ciągle o koszmarnej przeszłości. Przeszłość ta wbija się swymi szponami w ludzką egzystencję, nie pozwalając o sobie zapomnieć, przez co zmienia życie w piekło. Pełna jest słowiańskiej mitologii napawającej to miejsce mroczną i przerażającą atmosferą, lękiem przed tym, co nieznane oraz obce.
Książka jest wpisana w gatunek horror, ale nie powiedziałabym, że to jest stricte horror. Owszem jest wątek grozy i świetne sceny opisane, gdzie może trochę włos się ze strachu zjeżyć. Ale ogólnie to historia ma pewne momenty, które są całkowicie nie potrzebne, chyba że Autor chciał byśmy poznali nawyki i lepiej po prostu głównego bohatera to wtedy rozumiem niektóre opisy.
Ogólnie książkę się bardzo szybko czyta i koniec może w pewnych momentach zaskoczyć. To nie jest moja pierwsza książka tego Autora, ale muszę przyznać, że “Zabij mnie tato” więcej emocji we mnie wywołała niż ta lektura.
Lecz muszę przyznać, że podoba mi się styl pisania Autora, bo potrafi sprawić, że nie odłożyłam książki dopóki nie poznałam zakończenia. A jak już naprawdę musiałam odłożyć, to w głowie cały czas miałam co się działo w tej historii.
Wciąga, trzyma w napięciu i na jesienny wieczór jest idealną pozycją do przeczytania.
To nie jest horror. Scen poza obyczajowych było może z 4/5. Zdecydowanie nie jest to książka którą wybrał by fan grozy, gdyby nie wprowadzający w błąd opis. Okładka 10/10.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Lubicie powieści grozy? Ja bardzo, jako nastolatka namiętnie zaczytywałam się w powieściach Stephena Kinga. Teraz może nie czytam już tak dużo, ale sentyment został. Dlatego wiedziałam, że powieść pana Stefana Dardy to będzie coś dla mnie. Nie ukrywam, że była w planach od dawna, ale często w kolejkę wpadało coś innego. Dopiero dzięki wydawnictwu Videograf, za co serdecznie dziękuję, zmoblizowałam się i w końcu przeczytałam "Dom na Wyrębach". To debiutancka powieść pana Dardy i również mój, jakże udany początek przygody z jego twórczością. Cóż, mogę tylko żałować, że tak długo wstrzymywałam się z lekturą i jak najszybciej przeczytać kolejne.
"Wtedy to, chyba po raz pierwszy, naszły mnie wątpliwości co do tego, czy dobrze zrobiłem, szukając domu na wsi"
Marek Leśniewski, czterdziestoletni doktor prawa, po rozwodzie decyduje się na radykalne zmiany w życiu. Wyprowadza się z Wrocławia i kupuje dom na Lubelszczyźnie, w małej wiosce Wyręby. Mężczyzna cieszy się, że może zacząć wszystko od nowa. Życie mija mu na remoncie domu i obserwacjach żurawi. Ornitologia zawsze była jego pasją. Jednak radość z przeprowadzki nie trwa długo. W życiu Marka zaczynają się dziać niepokojące i trudne do wytłumaczenia w logiczny sposób rzeczy. Leśniewski nie chce wierzyć, że chodzi o zjawiska paranormalne. Jednak koniec końców musi przyznać sam przed sobą, że ma do czynienia ze zjawą. Czy uda mu się ją pokonać i ocalić życie? Jakie tajemnice kryje jego dom?
"Zaczynałem chyba wpadać w jakąś paranoję, lecz obawa przed postacią w bieli była silniejsza od zdrowego rozsądku"
"Dom na Wyrębach" to książka, którą przeczytałam z zainteresowaniem, chociaż przyznaję, że tej grozy jak dla mnie było trochę za mało. Może dla tego, że od dziecka uwielbiam się bać. Mimo to powieść ta ma swój klimat i wyjątkowy urok. Urzekły mnie w niej również malownicze i zachwycające opisy przyrody. Momentami czułam jakbym spacerowała po lesie i obserwowała żurawie razem z Markiem. Nie ma tu akcji pędzącej na łeb na szyję, ale autor wie jak stopniować napięcie i wciągnąć czytelnika w opowiadaną przez siebie historię. Dla mnie Stefan Darda to autor, po którego książki sięgnę jeszcze nie raz. Tym, którzy mają ochotę na dreszczyk emocji i wciągającą powieść grozy z czystym sumieniem polecam "Dom na Wyrębach".
"Dom na Wyrębach" to debiutancka powieść autora, o którym wielu mówi, że to taki polski "Stephen King". Stefan Darda, bo o nim mowa zadebiutował tą powieścią w październiku 2008 roku. Została ona nominowana do Nagrody Sfinks w kategorii „Polskie powieści roku” oraz do Nagrody im. Janusza A. Zajdla.
Jest to książka grozy (raczej nie horror) osadzona w polskich realiach połowy lat dziewięćdziesiątych XX wieku, sięgająca do wierzeń ludowych (strzygi/upiory). Poznajemy w niej Marka Leśniewskiego, który na skutek zawirowań w swoim życiu trafia do miejscowości Wyręby. Jego sąsiadem jest niejaki Antoni Jaszczuk, człowiek zagadka i jednocześnie outsider. Każdej nocy w oknie Jaszczuka pali się świeca, a w oddali słychać pohukiwanie puszczyka. Jaką tajemnicę skrywa sąsiad Marka? Tego dowiecie się z powieści "Dom na Wyrębach".
Przyznam, że książkę tę czytam po raz drugi. Pierwszy raz zabrałem się za nią w 2016 roku. O ile na początku sceptycznie podchodziłem do polskich autorów, o tyle z czasem coraz częściej zacząłem po nich sięgać. To co szczególnie pociąga mnie w tego typu powieściach, to duszna atmosfera małych polskich miast i wiosek, których hermetyczna społeczność skrywa swoje tajemnice. Czasami nawet od pokoleń.
Do ponownego przeczytania "Domu na Wyrębach" zachęciła mnie przede wszystkim nadchodząca premiera "Nowego Domu na Wyrębach II". Chciałem przypomnieć sobie całą historię, aby "na świeżo" wejść w III część mrocznego cyklu.
Mrok jest dla mnie niezwykle atrakcyjnym motywem w literaturze. Mrok nocy, mrok wieków średnich, mrok opętanej psychiki... W każdej książce, gdzie mrok staje się bohaterem, potrafię zatopić się bez reszty. Tutaj spotęgowane jest to drugim z moich ulubionych elementów: lasem. Mrok i las to mieszanka, która w moim przypadku zadziałała w 100%. Oba motywy nawzajem wzmacniają swój przekaz i moc. Mrok tej historii i piękno otoczenia, w jakim została osadzona, rozbrajają i wciągają czytelnika coraz głębiej i głębiej do mrocznego lasu i coraz większego zagubienia znajdujących się w nim bohaterów. Tu nie ma wesołego zakończenia, nikt w tym lesie nie odnajduje drogi powrotu do światła. Pan Darda uprowadza i otula aurą swej powieści w sposób, który zmusi Cię, drogi czytelniku do unikania ciemności, choćby przez wystawienie w oknie świecy, która na chwilę Cię od mroku uchroni. Po zakończeniu "Domu na Wyrębach" nie będziesz chciał już bez tej świecy zasypiać.
Z przyjemnością odkryłam, że ponowna wizyta w domu na Wyrębach nadal przyprawia o gęsią skórkę i to pomimo znajomości wszystkich faktów. Mimo że debiutancka, książka pozostaje w mojej subiektywnej opinii, najlepszą jak dotąd powieścią w dorobku autora. Przede wszystkim udało mu się stworzyć i utrzymać mocno niepokojący klimat, a kilka scen potrafi naprawdę solidnie przestraszyć. Wystarczy wspomnieć fragment, w którym główny bohater wyrusza na spacer po lesie i nie tylko szybko odkrywa, że zgubił drogę, mimo że nie odszedł tak daleko, ale jeszcze wyraźnie czuje czyjąś nieuchwytną, lecz wyczuwalnie wrogą obecność. Świetna sprawa! Oczywiście pod warunkiem, że czytamy siedząc bezpiecznie we własnym łóżku, najlepiej w towarzystwie co najmniej jednego domownika.
Zapomniane przez bogów Wyręby, otoczone mrocznymi lasami Lubelszczyzny, gdzie czas odmierzają kolejne pełnie księżyca, a w nocnej ciszy ostro rozbrzmiewa krzyk puszczyka - idealna sceneria dla powieści grozy. Powieści grozy, bo określenie "horror" nie wydaje mi się tu właściwe. Jest coś przyjemnie staroświeckiego w tej niespiesznie rozwijającej się historii. Jest gęstniejąca atmosfera, uparta, konsekwentna groza, jest klimat - z każdą kolejną stroną coraz bardziej duszny. Nie ma natomiast skosów napięcia i gwałtownych straszaków, dzięki czemu narracja płynie równo i spójnie do zadowalającego finału. Znakomita lektura na wyjazd pod namiot lub urlop w leśnej głuszy, ale nawet w miejskich realiach robi spore wrażenie.
Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do poznania twórczości Stefana Dardy, ale pewnego dnia został mi polecony „Dom na wyrębach” i postanowiłem z czystej ciekawości zobaczyć czy ten horror jest wart uwagi.
Pod względem fabularnym książka nie robi wrażenia, bo częściowo opisuje historię jakich jest wiele. Konkretnie, Marek Leśniewski, który z przyczyn osobistych – rozwodu – próbuje zacząć życie od nowa. Przeprowadza się na drugi koniec kraju, do Wyrębów, jego jedynym sąsiadem jest niezbyt miły Jaszczuk, a do najbliższej wsi bądź miasteczka ma wiele kilometrów. Bohater wiąże z tym odludnym miejscem spore nadzieje na spokój i możliwość rozwijania hobby, polegającego na obserwowaniu dzikiego ptactwa. Jednakże sielanka nie trwa wiecznie, w wymarzonym domu zaczynają dziać się dziwne, trudne do wytłumaczenia rzeczy, a sąsiad szybko pokazuje swoją niezbyt przyjemną twarz.
„Dom na wyrębach” jest ciekawy, smutny, lekko przygnębiający i w ogóle melancholijny, ale trudno spodziewać się czegoś innego po miejscu z taką tragiczną historią. Stefan Darda bardzo umiejętnie rozwija swoją opowieść. Nie zarzuca Czytelnika zbyt dużymi porcjami informacji, wydarzeń, tylko systematycznie zmierza w kierunku najbardziej soczystych fragmentów. Innym niewątpliwym atutem książki są słowiańskie wierzenia. Niestety książka rozwija się bardzo wolno i przez pierwszą połowę można poznać jedynie otoczkę całej opowieści.
„Dom na wyrębach” robi wrażenie i to naprawdę całkiem dobre. Więc nie pozostaje mi nic innego niż polecenie tego tytułu, zwłaszcza miłośnikom horrorów i osób ciekawych wierzeń sprzed chrztu Polski.
Marek Leśniewski trochę sobie w życiu namieszał, i to na własne życzenie. Szukając odskoczni od problemów, postanowił kupić dom na odludziu, gdzie mógłby odciąć się od przeszłości. Plan idealny został wcielony w życie, jednak bardzo szybko okazuje się, że miał on jednak swoje wady. Największą z nich jest gburowaty sąsiad, prawdopodobnie morderca - niby nic mu nie udowodniono, ale jednak ludzie wiedzą swoje. Marek jednak nie daje za wygraną i zostaje na Wyrębach, z dnia na dzień poznając lepiej sąsiada i jego niesamowitą tajemnicę. A potem zaczyna się robić naprawdę niesympatycznie!
"Dom na Wyrębach" klimatem przypominał mi film Wilczyca z 1983 roku, a mam do tego filmu ogromny sentyment, mimo jego wad. Podobnie mam z tą książką - wiem, że nie było idealnie, ale dałam się bez reszty wciągnąć w historię domu i dziwnego sąsiada. Z przyjemnością sięgnę po kolejne części. 8/10
Niestety ta historia nie spełniła moich oczekiwań. Spodziewałam się dobrego horroru, dreszczyku niepokoju podczas czytania, a co dostałam? Dostałam przepastne opisy życia bohatera, jego perypetie z remontem domu, zamiłowanie do przyrody, w tym oglądanie ptaków, jazdy na uczelnie i ogółem szerokie sprawozdania z każdego dnia. Narracja została poprowadzona w najmniej lubiany przeze mnie sposób, czyli: wstałem, wsunąłem nogi w kapce, poczłapałem do kuchni, nastawiłem wodę, zalałem kawę wrzątkiem, wypiłem łyk, usiadłem na krześle, popatrzyłem w oko... i tak dalej i tak dalej. Mniej więcej tak wygląda cała ta historia. Horroru tu jak na lekarstwo. Jestem ciekawa, czy wszystkie książki autora tak wyglądają, czy miałam nieszczęście wybrać najmniej atrakcyjną z jego dorobku. No cóż, teraz raczej nie prędko sięgnę po coś z jego pióra.
Uwielbiam horrory. To mnie jednak nie usatysfakcjonowało. Bohater przeprowadza się do domu w którym dzieją się dziwne rzeczy. I WŁAŚNIE, te dziwne rzeczy wystąpiły z 3 razy. Nie więcej. Pozatym bohater większość czasu wogóle spędza poza domem. Historia miała dziać się w domu, nawiedzonym domu, a nie poza nim. Czy nie mam racji? W pewnym momencie Marek (bohater) dowiaduje się co się dzieje i próbuje "pokonać" tego stwora. Przy końcu już więcej działo się w domu, niestety Marek przegrywa z duchem lecz jego przyjaciel później dokańcza jego dzieło mające na celu pozbycie się bytu. Duch był według mnie lekko abstrakcyjny, autor napisał go tak jakby Marka nawiedzał człowiek. Wiązanki przekleństw od ducha i inne rzeczy, czy to naprawdę typowy demon, duch bywający w domach? Moim zdaniem nie, za bardzo przekombinowane. Nie podobała mi się książka.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Urocza, drewniana chata w lesie to jedno z moich marzeń. Im więcej jednak czytam w tej tematyce historii, tym głośniej głos w mojej głowie przestrzega mnie przed zrealizowaniem tego marzenia. ;) "Dom na wyrębach" pozytywnie zaskakuje. Klimat opowieści naprawdę przyjemny, opisy przyrody sprawiły, że poczułam, że jestem tam, na Lubelszczyźnie, razem z głównym bohaterem. Mamy tu do czynienia z powolnym, niebezpośrednim straszeniem - akcja rozkręca się powoli, ale to nie przeszkadza, bo przebywając w okolicach Wyrębów dobrze się bawimy i chłoniemy sielkość okolicy. Wydaje mi się, że historia bardzo dobrze oddaje klimat lat 90 w Polsce.
Pierwsza połowa to rozwlekłe i nudne opisy tego, jak zgorzkniały alkoholik Marek remontuje łazienkę i naprawia dach w swojej drewnianej chacie w Wyrębach (ta część była ledwo do wytrzymania, na granicy dnf'u, bo nie dość, że Marek jest potwornie antypatycznym bohaterem, to jeszcze ile można czytać o jego codziennych czynnościach). Druga połowa znaaaaacznie lepsza. Tam już mamy "horror właściwy": jest mroczna, bardzo mroczna atmosfera, zagadka, straszydło, tajemnica z przeszłości, puszczyk, ciemny las - cały komplet elementów składających się na horror. Zakończenie świetne!