Prozatorskie zapiski Mirona Białoszewskiego pochodzą z okresu od czerwca 1975 roku do czerwca roku 1976. Obszerne fragmenty tej prozy miały być początkowo opublikowane w tomie Rozkurz. Książka ta jednak w efekcie została rozbudowana o inne części składowe, część zatytułowana Chamowo stała się jedynie esencjonalną pigułką, zwięzłym wyciągiem z owych dziennikowych zapisów. Całość pozostała w wydawnictwie, „do druku po śmierci”, jak mówił autor.
Rok 1975 to istotny okres w życiu poety. Po przebytym pod koniec 1974 roku zawale serca wiele czasu spędza on w szpitalu i sanatoriach. W połowie 1975 roku wyprowadza się ze swego „starego gniazda”, mieszkania na placu Dąbrowskiego, i zamieszkuje na 9. piętrze nowo powstałego mrówkowca, wielkiego bloku na peryferiach Saskiej Kępy zwanych przez dawniejszych mieszkańców dzielnicy Chamowem.
Nowe miejsce przynosi eksplozję twórczą; po latach „życia na leżąco” poeta zaczyna chodzić. Odwiedza zaprzyjaźnionych ludzi i miejsca w lewobrzeżnej Warszawie; wiele też spaceruje po prawej stronie Wisły. Stara się ją poznać, oswoić i polubić. Z wielką ciekawością obserwuje i notuje to, co dla niej specyficzne. Życie „blokowego pustelnika” bywa także bardzo męczące.
Niezwykły dokument zapisywany chwila po chwili, krok po kroku, „tu i teraz”. Życie w tamtych czasach na pograniczu miasta i peryferii powraca do nas podczas lektury w całej swej niepowtarzalności, w nieustannym stawaniu się i zanikaniu.
Miron Białoszewski – polski poeta, prozaik, dramatopisarz i aktor teatralny.
Debiutował w krakowskim "Życiu Literackim" w 1955 w ramach Prapremiery pięciu poetów obok wierszy m.in. Herberta, a pierwszy tom jego wierszy, Obroty rzeczy, ukazał się rok później. Następnie wydał tomy poetyckie: Rachunek zachciankowy (1959), Mylne wzruszenia (1961) oraz Było i było (1965). W 1970 zasłynął jako prozaik - po wydaniu tomu Pamiętnik z powstania warszawskiego, w którym 23 lata po koszmarach wojennych spisał swe przeżycia powstańcze. Niebawem ukazały się dalsze tomy prozy: Donosy rzeczywistości (1973), Szumy zlepy, ciągi (1976) oraz Zawał (1977).
Zupełnie nie pamiętam, co skłoniło mnie do zakupu tej książki, ale teraz, gdy sięgam po nią po kilku latach, nigdy bym się na kupno nie zdecydowała. Pamiętniki Białoszewskiego - spisane w latach 1975-1976 podczas przeprowadzki - zupełnie do mnie nie przemawiają. Nie moja tematyka, nie mój świat. Nie znam warszawskich ulic, nie znam postaci, które wymienia autor, nie czuję klimatu.
Początkowo czytałam z zaciekawieniem, ale z każdą stroną codziennostki Białoszewskiego mniej mnie interesowały, a bardziej nużyły. Stopniowo zaczynałam przebiegać wzrokiem strony i zatrzymywać się na fragmentach, które faktycznie mnie zaciekawiły. Na opisach problemów adaptacyjnych w mieszkaniu z wielkiej płyty - nowych odgłosach, dźwiękach, sąsiadach, nowym widoku z okna. Wszystko to przeszkadza twórcy w rutynie pracy. Musi najpierw oswoić nowe kąty, zaprzyjaźnić się z nimi. Przeszkadza mu jednak ciągły przymus wędrowania od spółdzielni do ciecia. Od jednego biura do drugiego. Niestarannie wybudowane bloki, błędy budowlańców i architektów dają się we znaki wszystkim mieszkańcom.
Te fragmenty chowają się jednak wśród dialogów, urwanych myśli, obserwacji współpasażerów w komunikacji miejskiej, opisach zakupów. Ciekawostki dla wielkich miłośników Białoszewskiego, czy choćby czytelników, którzy sięgając po tę książkę mają jakąś wiedzę na temat życia poety. Dla mnie okazały się nudne i nieistotne.
Miron to mój ulubiony poeta, ale jego proza jest bardzo trudna w odbiorze. Zwłaszcza, że to dziennik, wobec tego nie wiedząc zbytnio, kto jest kim, wydaje się być bez większego celu czy sensu. Oczywiście, nadal można zachwycać się stylem Białoszewskiego, bo jest on zdecydowanie bardzo dopracowany i oryginalny. Warto przeczytać, jeśli chce się sięgnąć po rzadką klasykę, ale trzeba nastawić się na to, że jest to wymagająca lektura.
Serdecznie polecam deweloperom osiedla Lizbońska oraz osobom kupującym mieszkania na tym osiedlu na Chamowie. Zamiast śniadaniem na Francuskiej (ok. 15 min. drogi pieszo) i spacerem po Parku Skaryszewskim (3 przystanki komunikacji miejskiej dalej, ok. 25 minut marszu) powinni reklamować osiedle cytatem z Białoszewskiego:
"Lizbońskiej 1 nie ma i nie będzie, nigdy, bo po nieparzystej stronie tyły szkoły, z piłką, z chłopakami".
Mieszkańcy Chamówka oznaczają się na instagramie hashtagiem saskakepa, więc może Kultura Wysoka ich przekona do przyznania się do swego chamskiego dziedzictwa.