Jeśli wortycyzm czerpał z dynamiki wiru, to fraktalny charakter tych wierszy jest mocno antyhomeomorficzny ze zlewem. Spływają litery, dyssypowane w niekohrentnych frazach. W niezgodzie z regularnymi, homogenicznymi stanami. Podkrytycznie podpięte pod płynnopłciowe ciało. Pustka tam leży. Dopełnienie też. Dowolna suma podobnie. Aż algebraicznie chce się wprowadzać: łączność dodawania i przekroju, elementy neutralne działań, a także składniki przeciwne, zobojętniające organy; rozdzielność podstawowych operacji oraz przemienność przemnażania. Każda niezerowa część ciała jest odwracalna. Lektura rozrysowuje drzewo Feigenbauma. Łukasz Kaźmierczak, Łucja Kuttig
Tak się waham między cztery a pięć, cztery a pięć, ale to jest książka wydrukowana na RÓŻOWYCH kartkach, szyta – nie klejona – i ma w środku polską kłirową poezję o zaburzeniach odżywania i jebaniu policji. Pięć.
Nie oceniam, bo nie znam się na krytyce poezji. Za to wrażenia mam jasne - wulgarne i nie wiem po co. Może nie zrozumiałam, ale zauważyłam, że powatarzają się myszy i rzyganie.
Gdyby nie był to tekst na studia, to raczej bym dała DNF po pierwszych dwóch wierszach
Spodziewałam się, że wystawię niższą ocenę, ale to nie byłoby fair, a jednak "it was ok" to trafne określenie moich wrażeń. Warstwa językowa jest interesująca i to moim zdaniem główna zaleta tej książki. Z kolei tematyka nie podeszła mi zupełnie, gdyby nie zajęcia akademickie, na które miałam przeczytać ten tomik, przerwałabym lekturę po kilku tekstach. Z całości niewiele wyniosłam, może dlatego, że na ten moment po prostu nie jestem w targecie (ale chyba rozumiem, ile może znaczyć dla innych osób z mojego pokolenia, szczególnie osób queerowych). Ciekawi mnie, co przyniesie dyskusja w grupie i czy zmienię po niej zdanie.
Przeczytane po raz drugi prawie po roku. Nie będę kłamać i mówić że rozumiem w 100% o co tutaj chodzi. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to interesująca lektura (dla mnie jedyna w swoim rodzaju), czasami zaskakująca, czasami śmieszna (autentycznie chichnęłam kilka razy) i z pewnością skłaniająca do refleksji. Tematy poruszane są bliskie mojemu sercu. Rozmieszczenie tekstu na stronach jest wspaniałe.
Dobrze by było umieścić trigger warning na początku
Nie planowałam tych wierszy czytać, wyszło przypadkiem. Ale cieszę się na ten przypadek, ponieważ rozwiał resztę moich wątpliwości i mylnych wrażeń dotyczących Herman.
Wiersze w zbiorze są bardzo osobiste, bardzo brudne w ten sposób, w jaki nasze ciała wytwarzają i zostawiają wokół siebie brud cały czas, organicznie - i chociaż nie mogę powiedzieć, by wszystkie podobały mi się tak samo, to jednak widać, że pisała je ręka należąca do osoby znającej konwencje i zasady na tyle, by je łamać. Z różnym skutkiem, ale nigdy bezcelowo, nie mając nic do przekazania.
2.5 właściwie, bo niektóre mi się podobały i ja absolutnie rozumiem konwencję, i doceniam utrwalanie znaków czasu, ale to nie implikuje, zazwyczaj wręcz przeczy, moim upodobaniem. widzę w tym teraźniejszość, przekorę i zew błyskotliwego kopiowania linorytów słowotoków miejskiej młodości, a to ma swoją wartość (literacką)
okej fajny to jest tutaj tylko tytuł, reszta to ponury syf. chyba chce być mocno o ciele i cielesności, ale nie potrafi, więc zostajemy na etapie klisz "krew" "ślina" "kości" "ciało" "ciało" "ciało", ale okej co z tym ciałem, gdzie, po co, jak? w ogóle wydaje się bardzo bać tego, o czym pisze, bo wszystko musi być obudowane językową otoczką, dzięki której tematy typu seks gwałt transpłciowość cokolwiek mogą się "rozmyć" i nie trzeba się z nimi realnie konfrontować. no a takie językowe uniki są nudne, nie mamy trzech lat żeby nas słowo "pizda" i "mefedron" szokowały. czasem zdarzają się drobne momenty wdzięczne językowo, ale to nie ratuje sytuacji. nuda
Świeże frazy i nowe języki to woda na mój młyn. Anouk Herman określa siebie mianem queerowego rewolucjonisty. I rzeczywiście jego poezja to nowa jakość. Ta lektura przywróciła mi apetyt na wiersze. Dziękuję Ali Beryt za pożyczenie tomiku!
omg nie sądziłam, że którykolwiek tom poezji czytany na zajęcia tak mi się spodoba, ale to chyba jest dla mnie to, czym wszystkie poezje współczesne są dla millenialsów
przeczytałem szybko i wiem, że wrócę, bo wszystkie tematy wybrzmiały mi gdzieś głęboko w duszy (wypadanie poza binarne płciowe kody, zaburzenia odżywiania, brak HAJSU, świat duszony smogiem gęstym jak hot chocolate, policja cała do wyjebania) i z każdym wierszem konglomerat motywów układał się w inne, choć nadal spójne akordy, czasami kłujące w uszy, czasami głaskające po głowie, czasami dające mi po pysku moimi własnymi lękami, a wszystko to w ładnej różowej oprawie, nic tylko czytać, polecam dla całej rodziny
chciałem czytać i myśleć, kontemplować jak intelektualista z myślą, że nie będę rozumieć, jako ktoś o raczej przeciętnym (o ile nie niskim) ilorazie inteligencji. kiedy zacząłem czytać, nie mogłem przestać. czułem te wiersze sobą i będę do nich wracał. nie wiem, czy to skończyłem ja, czy to skończyło mnie.