2+
Ach jo... powtórzę za zmartwionym Krecikiem...
Do mniej więcej 25% wszystko szło super - poznajemy Poe, jego najlepszego przyjaciela Nica, jego parszywą rodzinę, okoliczności odziedziczenia upadającego pubu. Wszystko idzie świetnie, nie mogę się oderwać. A potem pojawia się on... Alonso. I wszystko idzie w diabły.
Po tym miałam wrażenie, że czytam inną książkę, pisaną przez inną autorkę. Em Lindsey jest niezmiernie czuła w stosunku do insta - i to jest okej, bo zazwyczaj jest to bardzo dobrze napisane, nie ma się wrażenia, że czegoś brakuje, że coś jest za szybko, że nie ma podstaw. Ale tutaj? Nie wiem, skąd się to w ogóle wzięło. Ze strony Poe ma się trochę wrażenie, że jest to efekt postrzegania Alonso jako rycerza na białym koniu, który przyszedł mu z pomocą. I może miało by to więcej sensu, gdybyśmy poznali punkt widzenia Alonso. Ale jest tylko jeden POV i jest to POV Poe. I z tej perspektywy jak się czyta o Alonso, to mój odbiór jest jeden... on jest taki trochę creepy 👀 Nie wiadomo, skąd się mu wzięła ta insta, skąd po tak krótkim czasie tak wielkie i patetyczne słowa padają z jego ust. Wygląda na mocno zaborczego, żeby nie powiedzieć obsesyjnego faceta. I nawet jeżeli jakieś podstawy okazuje się że ma, to i tak jego zachowanie jest po prostu co najmniej dziwne... W ich związku zabrakło najważniejszego - wiary, że on miał jakikolwiek w ogóle grunt do powstania i trwania. A bez tej wiary cała książka się rozpada...
Do tego były jeszcze inne rzeczy - spory age-gap, bo 25 lat (choć przyznaję, że on w sumie najmniej mi przeszkadzał); cały wątek z mafią (znowu jakiś taki dziwny, miałam wrażenie, że zupełnie do książki nie pasował, choć na nim została oparta cała akcja); brak jakiejś pogłębionej przeszłości Alonso; to, że Poe był w spektrum autyzmu, ale jedyne, co na to wskazuje, to że zostało to wspomniane i że ma tendencję do gubienia się we własnej głowie i nie zwracania uwagi, co się do niego mówi... A przecież ta autorka wręcz specjalizuje się we wszelkich rodzajach niepełnosprawności i doskonałym ich opisywaniu...
To dlaczego dwie i pół gwiazdki a nie mniej? Z sentymentu...
Przeczytałam naprawdę sporo książek EM Lindsey i uważam, że zdecydowana większość z nich jest dobra, bardzo dobra lub świetna. Zatem może to wypadek przy pracy? A może źle z nią trafiłam jeżeli chodzi o czas i gdybym ją przeczytała w innym momencie, to nie siadła by mi tak marnie? Bez względu na to, czy to książka, czy ja, to sentyment jednak mam i stąd wyższa ocena...