Das Buch wurde den Einwohnern des Auschwitzer Landes und seiner Umgebung gewidmet, die in der deutschen Besatzungszeit in den Jahren 1940-1945 unter Lebensgefahr den Häftlingen des Konzentrationslagers Auschwitz zu Hilfe kamen.
Den Einführungsteil stellen Handlungen der Bevölkerung und Widerstandsorganisationen aus dem Auschwitzer Land dar, die zum Ziel das Retten von Häftlingen des Lagers, einschließlich Hilfeleistung während der Liquidierung und Evakuierung des Lagers im Januar 1945, sowie Sammeln von Informationen über SS-Verbrechen hatten.
Den Hauptteil der Veröffentlichung stellt ein Verzeichnis von über 1200 Personen dar, die den Häftlingen halfen und deren Familiennamen gelang es, festzulegen. Es beinhaltet kurze biografische Porträts, darunter Beschreibung der geleisteten Hilfe.
Das Ganze wird mit aus dem Lager verschickten Kassibern, Relationen aus der Nachkriegszeit, Erinnerungen von Häftlingen und Teilnehmern bei Hilfsaktionen sowie von einigen Kunstarbeiten geschlossen, die heimlich von Häftlingen an ihre Helfer gegeben wurden.
Bardzo dobry kryminał osadzony na naszym świeżo transformowanym podwórku. Poznajemy zakamarki układów i układzików, których w niewielkim mieście jest całkiem sporo. I nic dziwnego, w końcu wszyscy się znają. Kwiecistość stylu narratora była momentami męcząca, choć to właśnie ona, poza korowodem swojskich postaci, nadawała książce swoiście przaśnego charakteru. Doceniam to niezamerykanizowane zakończenie
Myślę, że dla wielu osób z metropolii książka może być sporym dysonansem poznawczym. Ciężko jest uwierzyć w to, jak żyją ludzie z dala od wielkiego miasta.
Dobra fabuła, sporo niewymuszonego poczucia humoru, ciekawa narracja, z niecierpliwością czekam na kolejne książki autora, który zdradza olbrzymi potencjał i chęć pracy z językiem.
Długo zbierałem się do tej ksiażki, bo po debiucie Krystiana Nowaka zostały mi odczucia dwojakie: piekne pióro, ale brak utrzymania rytmu przez całe dzieło. Obawiałem się zatem, że druga książka może być gorsza (na zasadzie autor wypsztykał się z tematów w pierwszym dziele), tym bardziej, że i temat ambitniejszy - opis małego miasteczka, zatęchłej atmosfery - można sprawnie się na tym wywalić, jeśli pojedzie się zbyt grubą kreską. Natomiast obawy były niepotrzebne, bo autor, przed którego umysłem chylę czoła, wyciągnął gigantyczne wnioski ze swojego debiutu i przeskoczył o kilka klas w warsztacie. Nie jest to poziom warsztatu Formuły 1, ale na pewno nie jest to heheszkowaty tuning przydomowy - plasowałbym autora na członka zespołu fabrycznego już w fabryce niemieckich firm samochodowych z otwartymi drzwiami do kariery u zawodowców. Konstrukcja powieści jest chyba dość rzadko spotykana - autor wciela sie we wszechwiedzącego narratora (to zapewne ma jakąś nazwę fachową, natomiast ponieważ jestem leszczem, to nie umiem tego nazwać), który prowadzi czytelnika przez zakamarki miasta o nazwie Dobra Wola, opisuje z udawaną życzliwością poszczególne postaci dramatu i wprowadza do akcji. Czego się obawiałem na tym etapie, to słabego opisu osób, że to będą karykatury lokalnych figur, typu PAN PREZYDENT i PAN POLICJANT, ale pomimo pewnego schematyzmu (sumiasty wąs pana i władcy miasteczka + rosnący brzuch, w tle w głowie info, że nadciśnienie pewnie nadchodzi szybkimi krokami), żaden z głównych bohaterów nie odepchnął mnie od lektury. Jedyne co mi się nie podobało, to chęć przechodzenia na Ty ze strony sędziego - nie znam dobrze tego środowiska, ale tych panów co widziałem, to żaden nie miał sprawiał wrażenia, że ma ciśnienie na skracanie relacji tak jak Franz. Dodatkowo Franz, który ma Camele - rozumiem puszczone oczko, ale nie uśmiechnąłem się na tym zdaniu. Wracając do konstrukcji książki - mamy dobre rozprowadzenie akcji, metoda na narratora świetnie się sprawdza, autor wykazuje w tej części znakomite budowanie zdań, czytałem z uśmiechem. Rozmowa prezydenta z ojcem chłopczyka, wizyta na komendzie - aż już myślałem, gdzie tu Więckiewicza wcisnąć, w którą rolę lepiej by pasował, powieść sama konwertowała się na scenariusz serialu produkcji Canal+. Przyjazd sędziego do miasta - też udanie rozpisane, aczkolwiek nie kupiłem za bardzo imprezy u prezydenta, tu miałem lekki żal do autora, bo jakoś tak zbytnio kliszą mi to zajechało - w jednym miejscu wszyscy i to drugiego dnia pobytu w mieście + do tego diaboliczny prokurator (btw, opowieść sędziego o morderstwach pierwszoklaśna). Mimo tych uwag - dalej wysokie C i tak praktycznie przez całą powieść było, juz nie przedłużając tej recki pełnej spojlerów - że kiwałem głową z szacunkiem do tego jak akcja szła, lekko się krzywiłem na pewne scenki, nie podobały mi się np. kilkustronicowe niby przemyslenia na temat sensu zycia przemycone pośrodku opowieści. Pierwsza część ksiązki - szanowni Państwo, oklasky. Potem druga część - czyli proces i rozwiązanie akcji. Przede wszystkim byłem zasmucony, że tak szybko, bo uważałem, że autor ma więcej nabojów/naboi w strzelbie, nie wystrzelił wszystkiego, a szkoda. Gdyby wprowadził więcej wątków pobocznych to nie byłoby źle, bo zapewne utrzymałby wysoki poziom - a postaci typu miejscowy ksiądz lub szef straży pożarnej to też są powszechnie znane, jak figury na szachownicy i możnaby rozegrać ze dwa rozdziały więcej. Natomiast mój żal, że książka zmierza ku końcowi to kolejny komplemet do autora. No ale koniec nadjeżdza - ponownie obawiałem się miałkości, a rozwiązanie było zrobione po prostu dobrze, solidnie, siadaj Nowak 4, a nawet 4+. To, że dobro złem zwyciężaj (jak mówił JP2), zostanie przeprowadzone, to każdy kto wychował się w takim miasteczku wiedział i sie nie zdziwił. Dalsze losy głównych postaci - też dobrze rozrysowane. Nie mam uwag, zamknąłem kindla z poczuciem dobrze przeczytanej pozycji. Natomiast czas na minusy: wydaje mi się, że motywacja prezydenta do mieszania w wypadku nie została zbyt dobrze umotywowana. Bardziej wiarygodne byłoby dla mnie od strony psychologicznej, gdyby ten Stasiak był jedynym autorytetem moralnym, wzorem dla prezydenta i ten czuje się zmuszony mu pomoc i przejść na ostatecznie stronę ciemną, bez odwrotu. Nie zostało też dobrze rozegrane połączenie z policją - dlaczego ten policjant pomógł zamieszać w podmiance sprawcy - zabrakło może jakiejś jednej strony, że prezydent miał haka, albo ojcochrzestnego haka do wykorzystania. A największy minus dla mnie jest taki, że akcja niby dzieje się w 2005 roku, a kilka dat mi się nie zgadza. Pół książki myślałem, że dzieje sie w 1998 roku lub jakoś w tym okresie. Dlaczego? Prezydent wzial udzial w pierwszych wolnych wyborach - te się odbyły w 1992 roku, kolejne były 96, a skoro to była jego druga kadencja - oczywista sprawa. Pojawiły się sformułowania, że wygrał dzięki plakatom, a nie ulotkom - rola jego teścia i układu w drukarniach - idealnie pasuje do okresu transformacji. Nawet frekwencja 32% wskazuje na tamten okres. Polonez taksowkarza, kupiony w 1991 roku ze zmienionym pajonierem na CD - pasuje okresowo do 1998 roku. W 2005 nikt by się nie jarał takim dodatkiem, dodatkowo silnikiem Rovera w Polonezie. Dodatkowo - wspominanie PGR i taka ogólna mentalność miasteczka - pasuje do lat 90-tych a nie do zerowych. No ale to już czepialstwo. Recka jest długa, bo wiem, że autor wpada czasami przeczytać co publika pisze :). Zatem kierując słowa prosto do Krystiana Nowaka chciałbym powiedzieć, że: świetna robota, pieknie napisana książka, przeczytałem praktycznie w dwa dni, powstrzymując się aby nie przeczytać szybciej. W trakcie lektury dwa nazwiska mi przechodziły przez myśl: atmosfera jak w niektórych książkach Chmielarza, co u mnie jest absolutnym uznaniem. A drugie nazwisko to Żeromski - męczymy dzieci opisami Obrzydłówka i klik towarzyskich z XIX wieku. A jakże lepiej byłoby, gdyby taką powieść jak Ludzie Dobrej Woli wrzucić na listę lektur nieobowiązkowych w liceum - podnosi podobne zagadnienia, można znaleźć w niej te same zagadnienia jak idealizm, walka o swoje, miłość niespełnioną i nawet miłość do ojczyzny. Tego życzę Ci Krystian - a może bardziej nastolatkom, aby trafił się im bardziej ogarnięty minister edukacji. Ps. czas na Kebabistan
This entire review has been hidden because of spoilers.
Dość ciekawa książka, która opowiada dość wiarygodną historię o małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają. Lokalni politycy, zwykli mieszkańcy oraz przyjezdni przecinają się w dość naturalny sposób.
Podobał mi się stosowany przez autora język, który był bardzo naturalny. Byłem w stanie uwierzyć, że wiele z tych kwestii mogłaby powiedzieć prawdziwa osoba. Dodatkowo widać było, że autor dobrze się bawił ze swoimi czytelnikami i często puszczał do nich oczko. Momentami narracja przypominała mi gawędę, którą ktoś chciał mnie wciągnąć w opowiadaną historię.
Z minusów uważam, że miejscami akcja się trochę dłużyła oraz nie jestem fanem używania tak dużej liczby wulgaryzmów (kwestia subiektywna).
To nie jest prosta recenzja do napisania. Bo sama książka czyta się świetnie. Sprawność językowa autora jest bezsprzeczna. Opisy bohaterów, zdarzeń, miejsc super sugestywne. I wszystko opatrzone dużym poczuciem humoru. Problem jest taki, że cała fabuła to gra o niezwykle niskie stawki. Zakończenie w zasadzie nie wpływa na status quo. Jedna z recenzji nazywa tę książkę kryminałem, teoretycznie to prawda, ale w praktyce? Ani zbrodnia nie poważna ani winni nie ukarani. Główny bohater, zapewnie celowo, bardzo bezbarwny. Ale przez to ciężko znaleźć motywacje dla zainteresowania jego losem. Blurb sugeruje, mroczna i skomplikowana intrygę, ale tu żadnej komplikacji nie ma. Mówi też, że jest to portret Polski powiatowej, ale mam wrażenie, że widzianej z perspektywy Warszawy.
Część I - 4 gwiazdki. Świetnie się czytało. Taki kryminał w starym dobrym stylu (Chandlerowsko-Agatho-Christie?). Część II - 3 gwiazdki. Dostrzegam wyhamowanie, złagodnienie. Zabrakło pierdolnięcia na koniec. Kary. O! Tego mi brak!
Edytorsko - korekta & skład (duże marginesy wewnętrzne - dało się wygodnie czytać, leżąc na boku i trzymać książkę w jednej ręce! <3) - 4,5 gwiazdki (-0,5 gwiazdki za papier/farbę na papierze, która schodzi podczas wymazywania gumką zaznaczonych ołówkiem fragmentów).
Książka wciągająca i na trochę zapadająca w pamięci mimo, a może właśnie dlatego, że cała fabuła jest oparta na dość pospolitych zdarzeniach. Nie ma tutaj żadnej przemyślanej intrygi czy wielkiego zła, są za to realia prowincjonalnego miasteczka. Wyrazy uznania za umiejętność zbudowania w okół tego ciekawej intrygi z interesującymi zwrotami akcji.
Na pochwałę zasługuje też przygotowanie merytoryczne w kwestiach prawniczych.
Drobny minus za momentami denerwującą manierę zwracania się do czytelnika i przypisywania mu konkretnych przekonań i przemyśleń.
Wreszcie nadrobiłam lekturę książki Krystiana Nowaka, czyli Michała Michalskiego. Co ciekawe, lektura zbiegła się z rozmową z Michałem o tym, co czyni książkę „przystępną”, to jest - kierowaną zarówno do bardzo wymagających czytelników, jak i tych, którzy pragną nieco prostszego języka i braku erudycyjnych zawijasów. Rzadko kiedy zdarza mi się pisać zdanie w stylu „To książka dla każdego”, ale tutaj chyba zrobię wyjątek. „Ludzie dobrej woli” to książka do połknięcia na kilka wieczorów - wciągająca jak dobry serial, trzymająca w napięciu, nie pozwalająca się nudzić. Myślę, że odnajdą się w niej zarówno weterani literackich uczt, jak i ci, którzy po książki sięgają sporadycznie. Ja z lektury czerpałam ogromną przyjemność.
📕 Michalski aka Nowak w powieści przedstawia historię, która wydarzyła się naprawdę, co nie powinno nas zbytnio dziwić - w końcu w którym mieście nie było afery łapówkarskiej? 😉 Powieść obyczajowa (sensacyjna?) świetnie ilustruje realia i układy rządzące niewielkim, prowincjonalnym miastem - w książce: Dobrą Wolą, w realu: Zduńską Wolą. Chapeaux bas za to, że autorowi chciało się grzebać w aktach spraw i na ich podstawie tworzyć postaci fikcyjne - dozując informacje małymi kawałeczkami (trochę wstyd przyznać, ale w pewnym momencie już nie mogłam się doczekać, kiedy narrator zdradzi wreszcie, czy asystentka prezydenta ma z nim romans!).
📕 Okazuje się, że o seksie, władzy, łapówkach, rodzinnych dramatach i dylematach moralnych można napisać dobrą powieść, bez zbytecznej gry na emocjach, popadania w melodramatyzm.
📕 Ziemowit Szczerek w blurbie pisze „Ta książka jest tak dziwna, jak mocny kwas wrzucony w dzień powszedni, wczesną porą, w małym miasteczku, podczas posiedzenia sądu rejonowego”. Well, jak to mówią - dobre gówno.
Gdy Michał (aka Krystian) zaproponował mi jakiś czas temu lekturę swojej książki, byłam zaintrygowana. Uwielbiam małomiasteczkowe historie, w których każdy zna każdego, bo sama pochodzę z małego miasta i doskonale znam realia życia w takich miejscach.
“Ludzie Dobrej Woli” to opowieść, która zaczyna się w momencie, gdy mały Tomek zostaje śmiertelnie potrącony na przejściu dla pieszych przez pijanego kierowcę. Sprawa wydaje się prosta – we wraku samochodu policja znajduje winnego. Prezydent Dobrej Woli, Edward Zawisza, by pomóc pogrążonej w żałobie rodzinie chłopca, oferuje jego bezrobotnemu ojcu pracę w urzędzie miasta. Po czasie okazuje się jednak, że prowincjonalne miasteczko skrywa wiele tajemnic, a historia Tomka staje się przyczynkiem do tego, by je obnażyć.
Tym, co urzekło mnie w tej powieści od pierwszych stron, był styl narracji. Narrator z jednej strony wydaje się być mieszkańcem Dobrej Woli – jest narratorem uczestniczącym, zapraszającym czytelnika do przyjrzenia się wydarzeniom, które miały miejsce w jego mieście. Z drugiej strony, pomimo tego, że narrator jest wszechwiedzący, jest jednocześnie zdystansowany emocjonalnie wobec wydarzeń, o których opowiada. Choć z czasem dowiadujemy się coraz więcej na temat tego, co wydarzyło się w Dobrej Woli, narrator nie traci swojego emocjonalnego dystansu. Nie rezygnuje z niego nawet w momencie, gdy okazuje się, że ludzie sprawujący władzę może i zostają ukarani, ale koniec końców i tak sprawują tę władzę dalej, może tylko w nieco innej formie.
Najsmutniejsze w tej historii jest to, że na koniec nikt już nie pamięta o małym Tomku, od którego wszystko się zaczęło. Bo w gruncie rzeczy zwykły człowiek skazany jest na przegraną w walce z brudną polityką, w której ręka rękę myje, a układ goni układ. “Ludzie Dobrej Woli” niosą jednak ze sobą jeszcze inne przesłanie, dotyczące ludzkiej natury, z którą wiąże się strach przed tym, co “ludzie powiedzą”. W tym kontekście lepiej się nie wychylać, a już na pewno nie wolno donosić, nawet jeśli wiadomym jest, że ktoś popełnia przestępstwo czy wykroczenie. Donosicielstwo jest w małych społecznościach grzechem szczególnym – często z tego powodu wszyscy dookoła wiedzą o przemocy domowej u sąsiadów, ale i tak nikt nie reaguje. Ile razy zdarzyło Wam się oglądać w telewizji reportaż o morderstwie popełnionym przez członka rodziny, w którym wszyscy sąsiedzi jak jeden mąż twierdzili, że “to taki dobry chłopak był, dzień dobry zawsze mówił”, a “rodzina taka zgodna, do kościoła co niedzielę chodzili”?
Sposób narracji i dystans emocjonalny narratora nie wszystkim przypadną do gustu, ja jednak uważam, że to ogromne atuty tej historii. Dzięki nim przesłanie tej opowieści wybrzmiewa o wiele głośniej. Bo taki właśnie mamy klimat na prowincji.
Rok 2137, apokalipsa zombie przetrzebiła ludzkość, sprawiając, że ostały się jedynie niewielkie ośrodki. W dużych miastach, w których nieumarli mogli wyskoczyć z każdego ciemnego zakamarka, nie ma już praktycznie nikogo. Przetrwały te mniejsze, znajdujące się na uboczu, które mogły łatwo przejść do obrony swojego terytorium, stworzyć swego rodzaju twierdzę. Jedno z takich miast znajduje się w naszej kochanej ojczyźnie. Niektórzy mogliby uznać, że sprawi to, że mieszkańcy zaczną być ze sobą szczerzy. Szanować się nawzajem. Przestaną wykorzystywać swoją pozycję. Niektórzy byliby naiwni. Tu jest Polska, tutaj piekiełko w kręgach władzy przetrwa do końca świata i dwa dni dłużej, tylko po to, żeby przebić wiadomą fundację.
I o tym piekiełku jest ta powieść. Bardzo wciągająca, świetnie prowadząca czytelnika przez mniej i bardziej zawiłe stosunki władzy w mieście takim, w jakim wychowało się lub z którym najwięcej styczności miało większość Polaków. Mieście bez znaczenia dla ogólnego porządku kraju, a jednocześnie niesamowicie dla niego istotnego. Trybiku, którego korozja powoduje wypaczone działanie kolejnych elementów maszyny, którą można oliwić do woli, ale bez oczyszczenia pozostaniemy w zawieszeniu. Mocno polecam, bardzo dobra rzecz.
[edit] Po zastanowieniu, powinnam napisać na początku - spoiler alert! ;D -------------------------------------------------------------- No dobra. Nie jest to z całą pewnością kryminał.
To bardziej coś jak proza społecznie zaangażowana, ale ubrana w nieco baśniową formę. Może tak było łatwiej uciec od banału. Chyba tak. Podobała mi się forma narracji, gdzie opowiadacz jest zupełnie z boku, wszystkowiedzący i emocjonalnie zdystansowany. Zagląda przez różne okna, swobodnie przemieszczając się z czasie i przestrzeni. Mógłby być nieco bardziej uszczypliwy, chociaż to pewnie moja natura tutaj dochodzi do głosu. Nawiązując co jakiś czas kontakt z czytelnikiem, sprawdza, czy wszyscy jesteśmy na tej samej stronie i możemy jechać dalej. Z czymś mi się to kojarzyło cały czas, ale wciąż nie mogę sobie przypomnieć z czym. Nieważne z resztą, wyszło to dobrze.
Zaczyna się od śmierci małego Tomeczka, a kończy na tym, że pół miasta staje przed sądem z zupełnie innego powodu. Autor bardzo szybko wciąga czytelnika w dość skisły, klaustrofobiczny, skorumpowany światek Dobrej Woli. Robi się dość duszno i od pewnego momentu czyta się to jak sztukę teatralną rozpisaną na niewielką liczbę aktorów, z chórem w tle.
Podobno powinnam to sobie darować, podobno autorzy nie znoszą jak się tak mówi o ich dziełach, ale jednak książka jest bardzo sprawnie napisana. Cóż. Z mojej perspektywy to jednak duży komplement. Dobrych pomysłów na fabułę jest bez liku, z wykonaniem często bywa znacznie gorzej. W nosie mam pomysł, kiedy nie da się go czytać, kiedy potykam się na dziwnych konstrukcjach i koślawych zdaniach. To się czytać da i to zaskakująco dobrze, mimo że język jest trochę stylizowany*, a autor lubi sobie szyk poprzestawiać, to płynie się przez tekst z przyjemnością.
Ostateczne wnioski są dosyć gorzkie - pomimo afery, w którą zaangażowane jest całe miasto, koniec końców nie zmienia się nic. "Polska powiatowa", jak ją celnie w blurbie nazywa Anna Cieplak, ma się świetnie, z całym swoim kokonem powiązań, wzajemnych zależności, układów i układzików. I nawet jeśli pozornie podjęte zostaną jakieś kroki, ktoś niby zostanie za coś ukarany, to... nie, jednak nie. Ludzie u władzy zostaną u władzy, może tylko w innej koronie. Ładnie nam tutaj pan Nowak pokazał naszą lokalną naturę. Bo tacy już po prostu jesteśmy, bo przecież nikt na nikogo nie doniesie, nauczono na się nie wychylać i każdy boi się o własny tyłek. Klimat małego miasta jest mi dobrze znany i tak to niestety właśnie wygląda. Może odrobinę przerysowana, jak to w baśniach, ale jednak trafna diagnoza.
A o martwym Tomeczku na końcu w zasadzie już nikt nie pamięta. I też mnie to jakoś szczególnie nie dziwi.
*jednak na słowo "wszak", powtórzone jakieś 428 razy, od połowy tekstu dostawałam lekkiego skurczu prawego oka. ;)
To książka o prawie, bezprawiu i o sprawiedliwości i różnicach między nimi. O władzy i tym jak się jej używa. W końcu o małym miasteczku. I z pytaniami sobie ta książka radzi. Świetnie radzi sobie z językiem - żywy, bogaty, plastyczny, a także narracją. Narrator z jednej strony wszystkowiedzący i trzecioosobowy, a z drugiej strony zniuansowany - zwracający się do czytelnika, czasem mocno ironiczny, czasem zwodzący na manowce - lubię taką narrację. Co mnie wkurza? Bohaterowie. Nie ma tam nikogo, kogo można polubić, są co najwyżej tacy, którym można współczuć. Co więcej, często są pisani albo kreską bardzo grubą, albo zbyt cienką. Dobry sędzia (w ogóle to paladyn prawa, postać tak praworządna, że aż nierealna), skorumpowany burmistrz, jego zaniedbywana żona, ambitna asystentka - to wszystko figury, którym brak trochę życia. Sama fabuła jest dość prosta, jednak końcówka sprawia, że pojawiają się nowe sensy i pytania. Trudno mi ją ocenić, bo z jednej strony czytało mi się ją nieźle, ale z drugiej - nie wiem czy jest ktoś, komu bym ją polecił.
W pierwszej książce Krystiana Nowaka (wszyscy ludzie, których...) najważniejszy był styl. To barwne i groteskowe opisy sprawiały mi najwięcej przyjemności z czytania i powodowały wybuchy smiechu. W durgiej, głos narratora jest wciąż nietuzinkowy i ciekawy ale to treść stanowi największą zaletę tej książki. Niezbyt trafnie reklamowana była ona jako kryminał. To nie zbrodnia, nie poszukiwanie sprawcy stanowi oś powieści a dochodzenie sprawiedliwości i zrozumienie co ta właściwie znaczy.
Jest to oryginalna opowieść, opowiedziana nietuzinkowym językiem. Biorąc, pod uwagę jak bardzo różni się od pierwszej powieści Nowaka, z niecierpliwością czekam na kolejne pozycje, to jak mnie zaskoczą i jak autor doszlifuje swój warsztat.
Kiedy czytelnik nareszcie upora się (bądź też przyzwyczai?) do tonu narracji, decydując czy jest on celowo napisany w sposób tak poetycki i górnolotny czy z lekką nutą sarkazmu i heheszków, książka mocno wciąga. Podobał mi się sposób stopniowego przedstawiania bohaterów, który zachęcał do dalszego zgłebiania ich losów, od zaniedbanej żony po intrygującą asystentkę, tak więc wdzięczna byłam za epilog. Książka jest miejscami chaotyczna i czasami, chodź rzadko, nasówa pytanie "co pisaż chciał tutaj osiągnąć?". Brak satysfakcjonującego zakończenia historii miasteczka i jej mieszkańców wynagradza czytelnikowi skłaniająca do refleksji analiza konceptów mniejszego/większego zła, zjawiska rozproszonej odpowiedzialności, relatywnej wartośći sprawiedliwości oraz natury ludzkiej.
Mam mieszane uczucia. Książkę czyta się bardzo dobrze, ale czytałoby się lepiej, gdyby to był reportaż. Jeśli natomiast mam oceniać książkę jako powieść, to za mało tu jest ciekawych wątków, postaci, akcji. A szkoda, można by zrobić naprawdę fajny portret typowego miasteczka w Polsce. Trochę szkoda, bo styl autora jest naprawdę wciągający.
Gdybym nie czytała wcześniej o tej historii u Justyny Kopińskiej, myślałabym pewnie, że czytam całkiem sprawną, zaskakującą powieść sensacyjno-powiatową. I zasmuciłoby mnie, jak dobrze rozpoznaję w swoim otoczeniu typy bohaterów, bądź co bądź, postacie fikcyjne.
Styl w jakim napisana jest książka, wymusza na czytelniku takim jak ja maksimum skupienia. Czyni to ją super ciekawa ale jednoczenia troszkę trudna w czytaniu. Niektóre wstawki autora, biegnące w opisach daleko od wątku sprawiały że marzyl mi się już brzeg i kontynujacja jednej myśli. Niektóre te opisy nie powiem - były dość zabawne, ale rozbijały moje skupienie. Co do akcji i wątku głównego. No chce się ta książę skończyć czytać by wiedzieć jak potoczą się losy bohaterów! A sami bohaterowie - mieszkańcy małego miasteczka w Polsce, opisani są nie tak jak zazwyczaj to bywa (w tonie Smażowskiego) lecz w wersji może i płytszej ale za to lżejszej. Akcja przyspiesza pod koniec pierwszej części, by rozwinąć się na dobrze w drugiej i totalnie przyhamowac podczas odczytywania wyroku, który jest napisany językiem prawniczym. Czy to źle? Pozostawię to pytanie otwarte. Na pewno to ciekawe. Autor dostarczył mi swoją powieścią wystarczająco dużo rozrywki jak i trochę reflekscji bym mogła z czystym sumieniem jego książkę polecić.
Jestem wielkim fanem poprzedniej książki autora - za memetyczny, silnie przesycony internetem styl, język, i gadające koty. Niestety Ludzie mnie nie porwali, fajny pomysł ale jest tu dość contentu na soczysty reportaż w Dużym Formacie, a za mało na książkę. W efekcie postacie są za mało zarysowane i ciężko się zainteresować zakończeniem ich historii. Akcja zaczyna się trochę rozwijać pod koniec części pierwszej ale zaraz jest ucinana i przeskakujemy do długiego procesu właściwego. I tak jak Warszawa we Wszystkich ludziach była prawdziwa, utkana tak dobrze ze można było w nią wplatać elementy fantastyczne - tak małe miasteczko w Ludziach sprawia wrażenie wyobrażenia o małym miasteczku kogoś kto nie spędził w nim zbyt wiele czasu, z generycznymi postaciami i miejscami. All in all fajna historia, ale nie zapadnie mi w pamięć na dłużej