Intymna, intelektualna i interwencyjna Książka, po którą powinna sięgnąć każda lesbijka w Polsce.
Moja ukochana i ja to poruszająca historia miłości. Od szaleńczego zakochania, które sprawia, że żyjemy poza czasem, w stanie permanentnego uniesienia. Przez intensywnie rozwijającą się relację, która daje wrażenie poznawania świata z zupełnie odmiennej perspektywy. Wreszcie – tworzenie domu, obrastanie w tylko sobie znane rytuały, oswajanie samych siebie z budowaniem nowego, wspólnego życia.
Idylliczny obraz jest jednak weryfikowany przez rzeczywistość. Renata Lis, pisarka po pięćdziesiątce, przez ponad połowę życia jest w związku z kobietą. Wprost i bez zbędnego romantyzowania ukazuje, jak zmieniały się społeczno-kulturowe realia bycia lesbijką w Polsce, z jakimi trudnościami muszą mierzyć się pary homoseksualne w naszym kraju, ale pisze też o codzienności, kotach i życiu z depresją.
Autorka nominowanego do Nagrody Nike eseju Lesbos szczerze przygląda się również swojemu dorastaniu w centrum patriarchalnej i często homofobicznej społeczności w okresie PRL-u, a także chorobie i śmierci matki. Ta intymna autobiograficzna opowieść skłania do refleksji o wpływie warunków społecznych na indywidualne wybory, pokazując, że życie wielu z nas mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej, gdyby nie doświadczenie wykluczenia i nierówności.
Można sobie czytać Nelson, Preciado, Rich czy Carson do woli i nawet czuć się u nich jak u siebie, ale to tylko teoria. Praktyką jest życie we współczesnej Polsce. Kiedy queerowi wywrotowcy apelują, żeby nie spoczywać na laurach heteroasymilacji, w Polsce nadal nie ma ustawy o związkach partnerskich. Jaki kraj, taka queerowa utopia. Renata Lis dokonuje zapisu swojej queerowej praxis, mocując ją od pierwszej strony w uwarunkowaniach historycznych, klasowych, politycznych, rodzinnych. Takie jest tło miłości, do której daje czytelniczkom dostęp. A miłość jest niejednorodna, wyposażona we własny język, długoletnia i subtelnie piękna. Precyzyjne i lotne życiopisanie ze wspaniałą bibliografią. Trzeba nam takich książek tysiące.
To jest ważna książka, bez spłycania tego przymiotnika. Może być dokumentem z pewnego okresu czasu, może być odczytywana osobiście albo i nie, tylko że ja miałam oczekiwania wywindowane pod niebiosa, a zostałam z takim „no, okay”. Było mi łatwo i trudno, bo sześć lat jestem w związku z moją własną ukochaną i brak praw wszelakich boli, tylko już nie mam nawet złości w sobie. Żyje się. Dotychczas nie dojebał się do nas system. A z książką nadal nie do końca wiem, bo wcale to nie było wybitne literacko (choć fragmentami prawie), wcale nie było o ukochanej i jej, tylko jej, jej życiu i trochę o ukochanej, wcale nie było spójne, ani przemyślane pod względem formy. Tak nie wiem po prostu.
Mocna, feministyczna, emancypacyjna narracja, która nie popada w banał.
Bardzo ważna i potrzebna proza, Lis tak wspaniale potrafi opowiadać o swoim życiu - z uwagą, ironią, humorem, ale także z refleksjami natury filozoficzno-kulturowej. Moja ukochana i ja to wspaniały, bardzo osobisty esej o miłości w jej kilku wymiarach: indywidualnym, socjologicznym i literackim.
To nie jest książka, którą "powinna przeczytać każda lesbijka w Polsce", to książka przede wszystkim dla heteronormy, dla tych, którzy cieszą się pełną akceptacją społeczną, zeby uzmysłowić wszystkim, którzy jeszcze tego nie wiedzą - prawo do życia w zgodzie ze sobą i do miłości, to nie przywilej, a niezbywalne prawo każdego człowieka.
Ostanie dni spędziłam z „Moją ukochaną", książką-kroniką dorastania, stawania się i w końcu życia osoby nieheteronormatywnej w Polsce. Jest o codzienności z tytułową ukochaną, o trudach wyjścia z szafy, o sytuacji prawnej w Polsce. Ale też o żałobie po zmarłej mamie, o toksycznym ojcu, o dorastaniu w cieniu wojny. Podoba mi się, ze Lis stawia na szczerość. Odsłania się, ale nie ekshibicjonistyczne, a z wyczuciem i w dobrej wierze. Opowiada o płynności płci i orientacji, o rezygnacji z macierzyństwa (czy to była nasza decyzja? czy naszego kraju? – zastanawia się i to łamie mi serce), o zmieniającej się wraz z upływem lat naturze intymności.
To książka bezsprzecznie potrzebna i ważna. Potrzebna, bo bez woalu przemilczenia wytyka Polsce ogrom niesprawiedliwości i wyrzuca grzech zaniechania wobec jej queerowych dzieci. Ważna, bo zmieniająca perspektywę i oddająca głos dojrzałości. No i jeszcze jedno – Lis naprawdę pięknie pisze o miłości, tej codziennej i jak najbardziej zwykłej. O wzajemnej trosce, o wspólnym, intymnym języku, o konstruowaniu własnego małego świata, który jest tym ważniejszy, że zastępuje prawo do otwartego i szczerego istnienia w wielkim świecie.
"Moja ukochana i ja" to kolekcja wspaniałych esejów autobiograficznych o życiu osób queer we współczesnej Polsce, awansie społecznym i też o codzienności, czasem trudnej, ale wypełnionej miłością. Renata Lis ma niesamowity styl - wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak przepięknie potrafi pisać o bliskości. Najbardziej zafascynowały mnie teksty o poszukiwaniu tożsamości płciowej, które były intymne i zarazem niezwykle uwrażliwiające na drugiego człowieka.
Po poleceniu tej książki przez innego pisarza, szybciutko pobiegłam kupić swój egzemplarz. Oczekiwałam memuaru osoby queerowej w Polsce, która dorastała wiele lat przede mną, perspektywy lesbijskiej. Takie momenty są - i kiedy już są, naprawdę wzruszają i zmuszają do refleksji, empatii, zmiany perspektywy. Niestety czytanie pozostałych 90% kojarzy mi się tylko z siedzeniem obok tego irytującego wujka na Wigilii - przekonane o własnej wyższości pie*dolenie, tylko nie o tym jak prowadzi własną firmę, tylko jak znał Marię Janion. Długie wywody na różnorakie tematy, często tylko po to żeby móc zwieńczyć je wujaszkową puentą, bo nie wiem po co innego. 10-stronicowe streszczenie jednej z moich najmniej ulubionych książek które czytałam było chichotem losu.
Ciężko się to czytało. 3 razy chciałam dać DNF. Człowiek wiele zniesie, ale jakim kosztem.
Czytelniczki i czytelnicy tej książki po jej przeczytaniu dzielą się na takich, do których przemawia łza na okładce oraz takich, których porwało okładkowe serce. Zaliczam się do pierwszej grupy, choć naiwnie mam nadzieję, że kiedyś zgłoszę akces do drugiej z wymienionych.
Bardzo cenię sobie zmagania autorki z polszczyzną i próbę wypracowania własnego słownika dla opisania siebie i swojego związku. Odnoszę wrażenie, być może mylne, że cały czas w publicznym dyskursie zbyt mało uwagi poświęca się temu, jak uzyskać widzialność i słyszalność będąc skazanym na zakotwiczenie w języku i pojęciach narracji homofobicznej, podszytej męską dominacją. Kobieta może opowiadać o wykluczeniu z przestrzeni publicznej i spotykających ją niesprawiedliwościach: nierównym traktowaniu i uznawaniu za człowieka gorszego sortu, bo nieracjonalnego i słabego. Dyskurs androcentryczny jednak zawsze odwróci tę narrację przeciwko kobiecie. Używając tych samych konstruktów i siatki pojęciowej będzie usiłował zbudować opowieść, jak to kobieta z racji swej konstrukcji biologicznej i psychicznej nie sprawdza się w działaniach publicznych, więc jej przeznaczeniem są prace usługowe na rzecz mężczyzny i rodziny oraz macierzyństwo jako wyraz komplementarności płci. Te same zagrożenia czyhają na osoby LGBTQ+, które mogą opowiadać o cierpieniu spowodowanym przemocą, jaką wywołują ich potrzeby emocjonalne i seksualne, stawiając je poza prawem, godnością i normatywnie pojmowanym „człowieczeństwem”, a i tak dyskurs heteronormatywny obróci to na swoją korzyść. Na kanwie tej samej semantyki będzie lansować narrację o bezproduktywności relacji jednopłciowych, uzasadniającej wykluczenie takich związków z ram prawnych.
Wina za cierpienie – jak udowadnia autorka – leży zawsze po stronie poszkodowanych, którzy z powodu swych „defektów” nigdy nie zrealizują wzniosłego projektu „człowieczeństwa”: kobieta nigdy nie dorówna mężczyźnie trzeźwością i racjonalnością sądów, a osoba LGBTQ+ nigdy nie zbuduje równie pięknego związku, co osoby hetero. Ich inność może zostać dowiedziona i opisana jako nieprawidłowość i tym samym sanować ich marginalizację. Dlatego fajnie się czytało te wszystkie ustępy o ukonstytuowaniu „ja” Renaty Lis i jej związku w polszczyźnie. Mocno takim próbom i wysiłkom kibicuję!
Troszkę za duży misz-masz. Przemyślenia dotyczące dojrzewania w PRL-u (najsłabsza część książki, a niestety początkowa), opowieść o umieraniu matki i własnej chorobie. No i o relacji ze swoją ukochaną oraz osobisty dialog z różnymi queerowymi tekstami kultury. Te fragmenty były najciekawsze, dla nich czytałam i z powodu sympatii do nich prawdopodobnie zawyżam trochę ocenę. Bo też właśnie w nich najbardziej czuć oryginalność głosu autorki. I być może pozostałe teksty stanowiły bardzo potrzebny kontekst, ale nie przekonały mnie do siebie w tej formie.
Nie chcę tutaj rzucać pustymi frazesami jaka zachwycająca jest ta książka, jaka cudowna, wyśmienita i niewiarygodna, bo trzeba ją po prostu przeczytać, z resztą nie starczyłoby mi pozytywnych epitetów. To saficka biblia, z której można wyciągnąć tonę przydatnych informacji. Queerowe książki z polecenia Renaty Lis? Sięgnij po "Moją ukochaną...". Przekrój praw osób LGBTQ+ w Polsce i na świecie? Przeczytaj "Moją ukochaną...". Biografia najbardziej intrygującej polskiej queerowej pisarki XXI wieku? "Moja ukochana..." czeka aż ją przeczytasz.
Był taki moment w tej książce, gdzie bez wahania wystawiłabym jej pięć gwiazdek. Bo do pewnego momentu Renata Lis pisze własne, prywatne wspomnienia, i choć są pełne szczegółów i ukrytych, w celu zachowania prywatności, znaczeń, a ponieważ pisze w tak zwykły, piękny sposób, trudno jest nie zgubić własnego serca gdzieś między tymi słowami. Tu nie ma prawd uniwersalnych, nie ma też prób odwołania do większej świadomości, to zwyczajnie słowa Renaty Lis o Renacie Lis za młodu i to wystarczy.
Natomiast potem R.L. skręca w stronę, której wyjście na jaw było nieuchronne, patrząc na ten polonistyczko-dziennikarski bagaż doświadczeń i edukacji. Ze wspomnienia płynnie historia przechodzi w esej, bardzo skupiony na detalach, chronologii oraz paralelach. Cóż rzec, R.L. to osoba pełna inteligencji i erudycji, więc czyta się to bardzo dobrze. To kompromisowo napisany manifest, umiejscowiony gdzieś między obserwacją a wezwaniem do poruszenia, bo jak to możliwe, że tyle lat temat równości małżeńskiej czy związków partnerskich dryfuje na powierzchni opinii publicznej, a od dwudziestu lat temat stoi w miejscu. W połączeniu z odwołaniami do prywatnych doświadczeń uderza jeszcze mocniej.
Potem, jak na prawdziwy, polonistyczny esej przystało, zaczyna powoływać się na konteksty kulturalne. I w tym nie ma nic złego. Zaskakujące było, ile trzy lata studiów dało mi płaszczyzn wspólnych z R.L., ile intertekstualności tu ukryto, dzięki czemu ta siatka powiązań zaczęła przypominać trwałą tkaninę. Jedyne, co mi w tym wszystkim tak naprawdę nie pasowało, to fakt, że nie na intelektualny esej o kontekstach queerowości oraz komentarza o stanie Polski się pisałam. Zgodzę się, że to konteksty ważne, że ich ujęcie sprawia, że pozycja Mojej ukochanej i mnie staje się bardziej otwarta dla osób nie z nieheteronormatywnego środowiska (chociaż od Za połową drogi ten (pochlebnie mówiąc) bełkot polonistyczny staje się tak widoczny, że nie-poloniści mogą mieć problem z odkodowaniem tych wszystkich odnośników). Że w ogóle jest to dobry przekrój niehetoronormatywnego, polskiego życia, chociaż wiem, że R.L. powie, że nie chce być przykładem wszystkich, jakąś medianą, tylko przykładem R.L. i ukochanej R.L., jeśli już. Sama wolałam tę konwencję, gdy narracja skupiała się tylko na tym, ale nie zaprzeczę, że R.L. ma świetne pióro, i z chęcią przeczytałabym te inne, już czysto publicystyczne formy.
Nie będę przyznawać gwiazdek, bo to bardzo intymna, pełna uczuć i wrażliwości opowieść o życiu autorki, czytelnik ma pełen obraz jej emocji, strachu, zwątpienia, zmagań z depresją, a także ogromnej miłości do ukochanej. I jest to opisane pięknie, w sposób ogromnie wrażliwy, jej język to coś niesamowitego - potrafi dobrać idealne określenia i metafory, od których drży serce. Są fragmenty bardziej historyczne, opisujące historię myśli feministycznej, podejścia do osób queerowych i tego, jak sama autorka postrzega płeć, orientację seksualną, co było niesamowicie ciekawe i otwierające oczy. Oraz te bardziej wspomnieniowe i intymne, wnikliwe studium ludzkich emocji, których nie czuję się kompetentna (i nie chcę) oceniać. Ważna i trudna książka, mimo że czyta się ją szybko.
1. Ktoś kiedyś zapytał mnie „co lubię?”. Chcąc uniknąć sztampowej odpowiedzi i dzielenia się moją geekowską listą zainteresowań postanowiłem m.in powiedzieć, że „lubię całkowicie zatracić się w czytanej w danym momencie książce”. (Zdanie to stało się potem częścią mojego opisu w aplikacjach randkowych). Chodziło mi o sytuacje, w które książka przejmuje całkowitą kontrolę nad moim życiem i czytam praktycznie non stop, z przerwami na jedzenie i sen, niezależnie gdzie się znajduje. Z wielka przyjemnością mogę napisać, że ta książka wywołała we mnie właśnie taką reakcje.
2. Jakiś czas temu narzekałem na książkę „Młody Mungo”, pisząc, że mam dość historii o smutnych i nieszczęśliwych gejach znajdujących się we wrogim im środowisku. Pare osób spytało mnie wtedy jaki typ „queerowej” literatury bym wolał. Z reguły odpowiadałem, że miłą odskocznią były tytuły takie jak „Heartstopper”. Z wielką przyjemnością mogę napisać, że ta książka dołącza do tej (krótkiej) listy.
Lis skupia się w swoim eseju/wspomnieniach przede wszystkim na wieloletnim związku z partnerką. Związku rozgrywającym się w III RP. Nie brakuje w nim chwil pięknych i wzruszających, jak i tych cięższych. I to jest właśnie siłą tej książki. Jesteśmy świadkami opowieści o zwykłym związku, jakich wiele wokół nas. Miłości, która nie gaśnie z czasem (wbrew temu co każe sugerować dzisiejszy świat), a wręcz staje się coraz mocniejsza i trwalsza. Takiej opowieści potrzebowałem i potrzebuje więcej. A jak to jest napisane! Istne cudo. Naprawdę bardzo mocno polecam, to jedna z najlepszych książek jakie czytałem i wrócę do niej wielokrotnie.
ciezko oceniac czyjes przezycia, ale jesli sa w jakims ulamku tez twoimi przezyciami, to przychodzi to troche latwiej. te sa spisane pieknym jezykiem, prawidziwe i smutne. licze, ze jeszcze dozyje czasow, w ktorych moze byc pieknie
Polska odpowiedź na Ernaux, Eribona, Nelson. A właściwie nie odpowiedź, lecz dialog, komentarz, refleksja. Do tego sporo o miłości - tej niezależnej od płci, ludzkiej, i tej lesbijskiej. Bardzo osobiste, intymne impresje o bliskości, o chorobie, także o śmierci. Skarbnica myśli i doświadczeń, aż się chce podziękować autorce, że uchyliła drzwi do swego świata.
czuję, że nie zrozumiałam w pełni treści, ale wiem, że trzy gwiazdki to totalnie za mało. podobało mi się opisywanie aspektu miłosnego związanego z tytułową ukochaną, powrotu do dni dzieciństwa i wątku o Kamczatce
To jest chyba najbardziej nierówna książka jaką czytałam w życiu. Początek mnie zachwycił - opis dorastania u schyłku PRL-u, inne niż zazwyczaj spojrzenie na awans społeczny, wrażliwość klasowa - tego się zupełnie nie spodziewałam ani po tej książce, ani po Renacie Lis. Do tego ta pierwsza część jest napisana najlepiej i wielka szkoda, że tak nie zostało do końca. Kiedy zaczynałam, byłam pewna, że przeczytam Ukochaną w 3 dni, a przez to co dalej brnęłam 2 tygodnie. Mam wrażenie jakbym przeczytała trzy fragmenty książek napisane przez trzy różne osoby, a całość czytałam na totalnej sinusoidzie, od zachwytu do znużenia. Oczywiście wątki dotyczące par LGBTQ+ w Polsce są bardzo ważne i chociaż w teorii wiedziałam jak ich życie wygląda, to przeczytanie takiego bezpośredniego świadectwa uświadamia ich sytuację dużo dobitniej, więc to jest ciekawy materiał poznawczy. Ale np. sposób napisania rozdziału o równości małżeńskiej, przerywany tymi wycieczkami, był dla mnie nieznośny, w ogóle nie kupuję tego pomysłu. Czytając fragmenty o próbie samoidentyfikacji Lis tak samo, z jednej strony podobało mi się jej spojrzenie na płeć jako coś pomieszanego i sama czuję podobnie. Kiedy pisała o własnym poczuciu nic mnie nie gryzło. Ale często uderzała w tony „dziś nie powinno się” i wtedy zaczynałam się denerwować. Na przykład kiedy pisała o homoseksualności i lesbijkach, że takie identyfikowanie nie ma sensu, a ja przeczytałam mnóstwo różnych wypowiedzi lesbijek, które walczą o widzialność i to, żeby ta identyfikacja była dobrze rozpoznawalna, jest dla nich bardzo ważne, to mam tu zgrzyt i takie wrażenie jakby ona często chciała być wszystkiemu na przekór. Zaskoczyło mnie też to, że książka jednak jest bardzo o autorce, mniej o ukochanej i ich wspólnym. Chyba w ogóle nie został ze mną opis wielkiej miłości, bardziej zapamiętałam to, jak ważne jest, żeby mieć kogoś bliskiego w trudnych chwilach. Poza tym mam wrażenie, że dobór informacji, które nam przekazano, był niepełny - na przykład o chorowaniu Elżbiety jakieś wyrywki, wspominki, ale nie wiadomo o co chodzi, a to wydawało mi się kluczowe dla książki. Głównie przedstawione jest to, co pozwala Lis opisać samą siebie. Miałam też wrażenie, że ta książka jest napisana do konkretnej grupy odbiorców i konkretnego pokolenia - na przykład te wszystkie wstawki o Janion, trochę przechwalcze, trochę plotkarskie, trochę nie wiem po co, bo przeciętny czytelnik pewno nie ma na jej temat takiej wiedzy, żeby wyczytać jakieś podteksty, które się za nimi kryją. Potem nagle w książce o własnym życiu fragmenty esejów o przeczytanych lekturach - to było dziwne. Nie ukrywam, że dwa z nich mnie zachwyciły, bo dotyczą książek, które mną wstrząsnęły i dały mi podobne intelektualne oświecenie, mówię o „Nadziei w mroku” i „Argonautach”, więc rozumiałam co Lis chce powiedzieć i byłam poruszona wspólnotą odczuć. Ale przy części o Ann Carson, której tekstów nie znam, umierałam z nudów i w ogóle nie wiedziałam po co to jest, domyślam się więc, że osoby, które nie znają Solnit i Nelson mogły mieć takie odczucia również kiedy pisała o nich. Nie mogłam też znieść tych wstawek „ręka archiwistki”, wybijały mnie z rytmu i właściwie nic nie wnosiły, już lepiej gdyby były po prostu przypisami. Ostatnia część, czyli dziennik, jest oczywiście poruszający, do tego jako osoba, która straciła mamę, czułam w wielu miejscach wspólnotę z autorką - ale nie wiem co robi w tej książce. Znów zmienia się język - chociaż to forma, która powinna być najbliżej języka żywego, miałam poczucie, że tu najwięcej nad nim pracowano i stara się być najbardziej literacki ze wszystkich części, przez co wydawał mi się trochę sztuczny. Były tu zdania, które podkreśliłam i biorę dla siebie, ale potem nagle pojawia się słówko typu „zmuzułmaniony” i znów całe dobre wrażenie się zaciera. Do tego, chociaż dziennik był pisany 10 lat temu, autorka nie raczyła nam powiedzieć jak sprawy się potoczyły i co wtedy czuła, znów dostajemy jakiś wyrywek, który donikąd nie prowadzi. Po zebraniu całości zusammen do kupy okazuje się, że widzę tę książkę jako o wszystkim i o niczym. Ostatecznie jestem rozczarowana, bo po świetnym początku liczyłam na dużo więcej, ale są fragmenty, które zapamiętam i jestem za nie wdzięczna.
Książka, która bardzo wpłynęła na moje życie i myślenie. Porusza kwestie miłości, choroby, utraty i życia, a w tej książce mogłam przeglądać się jak w lustrze. Wzruszalam się, śmiałam i przeżywałam emocje autorki. Cudowna
Smutna i pokrzepiająca zarazem. Była to dla mnie trudna lektura z wielu powodów. Przede wszystkim chyba najmocniej przygnębiły mnie te ciężkie realia osób nieheteronormatywnych w Polsce, dotyczące nie tylko tego, jak są one społecznie traktowane, ale chyba to, z jak wielką ścianą zderzają się podczas prób zwykłego życia. Renata Lis umiejętnie miesza formy, przez co tak książka to jedno wielkie jajko niespodzianka, z którego otrzymać możemy elementy biograficzne, publicystyczne i poetyckie. Prawdopodobnie to dlatego, że ta forma jest tak niejednorodna i nieuporządkowana, miałem bardzo utrudniony odbiór całości. Niektóre fragmenty potrafiły sprawić, że musiałem odłożyć książkę, chwilkę pooddychać, niektóre mnie bardzo rozczulały tym z jak wielką czułością autorka opowiadała o swojej lubej, a jeszcze inne potrafiły znudzić mnie na tyle, że nie do końca miałem ochotę w ogóle je czytać.
Ciężko mi oceniać, naprawdę. Głownie przez to, że jest to tak do bólu prywatna i personalna książka, obnażająca emocjonalność i historię autorki do najgłębszej warstwy, a jednocześnie mój wewnętrzny krytyczny głos każe mi zwrócić uwagę, że przez ten wielki chaos nie do końca rezonowałem z tą pozycją.
Kiedy szukam literatury zaangażowanej, marzy mi się właśnie taka – wypełniona osobistymi smaczkami i szczera. Bardzo w duchu podejścia bell hooks, która twierdziła, że teoria pomaga radzić sobie z życiem. Wspaniały egzemplarz wciągającej i poruszającej literatury queerowej. Bardzo brakowało tej książki na polskim rynku.
Poleciłabym „Moją ukochaną i mnie” wszystkim osobom, które nie mają ochoty robić dogłębnego researchu/pójść na zajęcia, ale chcą poznać sytuację lesbijek w Polsce. W przejmujący sposób, wplatając w to wątki społeczne i historyczne, Lis snuje opowieść o swoim życiu i swojej miłości. Znalazła w swojej opowieści świetny balans pomiędzy teoretycznymi i historiograficznymi spostrzeżeniami, a personalnym wkładem. Poleciłabym książkę również wszystkim tym, którzy myślą, że queerowa miłość to wymysł ostatnich lat, moda nowego pokolenia.
Zalecam ostrożność, jeśli nie macie siły na wkurwianie się na polski system. Są fragmenty, które wywalają z kapci. Ale myślę, że warto je poznać, szczególnie z tak intymnej perspektywy.