[łączona recenzja całej trylogii]
Dzisiaj na tapet trafia “Grim”, czyli trylogia sprzed nieco ponad dekady, w której wraz z bohaterami możemy zwiedzić Paryż, Dublin czy Pragę. Gargulec, magiczne postaci, w ogóle: sama magia. Ale jednak nie do końca. Ostrzegam, że to będzie długa recenzja 😂
Jak tak o tym myślę, to czytając, przez większość część czasu nie miałam 100% pewności, co się dzieje 🙊 Pozwoliłam sobie wpaść w ten świat i przeżywałam przygody bohaterów na tyle mocno, że rozmyślałam o nich prawie przez cały czas. A przynajmniej w pierwszym tomie, bo potem…
Opisy potrafią być męczące. Niektóre strony mnie przytłaczały, bo były jednym wielkim ciągiem tekstu. Zdania na 5 linijek nie były rzadkością. Różne wierzenia, mity i legendy w dużych ilościach – takich, że chyba nie dałoby się sprawdzić “wiarygodności” ich wszystkich w rozsądnym czasie – łączą się w jedną całość, tworząc magiczne rozwiązania lub problemy.
W pewnym momencie “Grim” zaczął mi przypominać jezioro przy prawie bezwietrznej pogodzie: ogrom niemal nieporuszonej zawartości. Ciągle coś się działo, cały czas toczyły się jakieś walki, ktoś uciekał, ktoś czegoś szukał, ale i tak miałam poczucie stagnacji. Nie zliczę, ile razy przyłapałam się na tym, że nie wiem, o czym był przeczytany przed chwilą fragment. To też przedłużało mi lekturę tych 700-stronicowych kolosów – bo przecież musiałam się wrócić i przeczytać ten nieprzyswojony fragment raz jeszcze.
Dialogi nie wprowadzają dynamiki, bo w większości również są opisem – wyjaśnieniami, opowiedzeniem kolejnej mitycznej historii legendarnej postaci XYZ, której pomoc jest z jakiegoś powodu potrzebna. Lżejsze wstawki trafiają się rzadko, w większości za sprawą najjaśniejszej postaci tej trylogii: Remiego. Ten zielony kobold stał się moim ulubionym bohaterem “Grima”. Dodał tej historii porcji chaosu, humoru i potrzebnego szaleństwa.
Od początku wiadomo, że między Grimem i Mią, czyli dwojgiem głównych bohaterów, coś kliknie, ale jest to bardzo subtelne, wtrącane zaledwie w pojedynczych zdaniach – a to z kolei sprawia, że całość wątku romantycznego jest nawet bardziej urokliwa. Choć wyznanie Mii, jak dla mnie padło zbyt nagle, zbyt wcześnie, i mimo że wiem, że jest istotne dla fabuły i samego Grima, nie do końca potrafiłam wziąć je na poważnie. Jednak później niewiele się zmienia, także to się trochę wyrównuje. Autorka pewne rzeczy pozostawia w domyśle czytelnika, za zamkniętymi drzwiami i pomiędzy wersami. Z łatwością możemy dostrzec jedynie subtelne gesty. Ten wątek mimo wszystko nie opiewa w tonę romantyzmu, pozostaje w tle, ale i nie jest bez wpływu na niektóre decyzje bohaterów.
Podczas lektury trzeba być przygotowanym na maksymalne skupienie i przyjmowanie dużych ilości informacji – albo na to, że co jakiś czas przyśniecie lub Wasze myśli powędrują gdzieś indziej i ominiecie kilka linijek. Moje zaangażowanie w akcję wyglądało, jakby ktoś bawił się włącznikiem światła, a to odbiło się też na odczuwanych w czasie lektury emocjach. Przy pierwszym tomie się mnie trzymały, ale potem sytuacja się pogorszyła. Poza tym w którymś momencie rozwiązania problemów bohaterów nabrały dla mnie schematyczności.
Jednak były też momenty zaskoczeń. Fabuła każdego tomu jest ze sobą w ten czy inny sposób powiązana. Plusem jest to, że nie ma tu cliffhangerów. Inny plus za opisy walk i przestrzeni, są dokładne i wprowadzają dobry nastrój – ale to dość oczywiste, patrząc na to, że to opisy, a te są tutaj wyniesione na perfekcyjnie opisowy poziom. Muszę też przyznać, że bohaterowie są całkiem fajnie wykreowani. Ekipa Grima jest bardzo kolorowa i każda z postaci, która pojawia się na dłużej niż 10 stron, ma w sobie coś charakterystycznego.
Nie polecam czytać tej trylogii ciągiem. Jest ciężka; z jednej strony hipnotyzująca, a z drugiej nużąca. Pewnie nawet lepiej będzie rozłożyć lekturę pojedynczych tomów na dłuższy czas i przepleść ją z innymi książkami. Choć nie gwarantuję, że jeśli ją odłożycie, to jeszcze będziecie mieli chęć do niej wrócić. Ja byłam podekscytowana tą historią, bo zapowiadała się bardzo ciekawie i tajemniczo (no i główny bohater ma skrzydła, a wiadomo, że uwielbiam takie sytuacje). Skończyło się tym, że moja uwaga niemal z każdym rozdziałem coraz bardziej ulatywała. “Grim” z całą pewnością ma swoje plusy i da się go polubić, ale trzeba podejść do niego sposobem.
Ocena: 3/5 🥃
– Magda