Koniec lat pięćdziesiątych. Ciechocinek. Jesień. Opustoszały polski kurort, sypiące się pensjonaty, bieda i szarzyzna. Do Wandy – lwowskiej dentystki i śpiewaczki jazzowej – która po powrocie z zesłania osiadła w Ciechocinku, przyjeżdża z Anglii starszy brat, Fabian, emigrant, puzonista jazzowy i znakomity tancerz. Przed wojną grał na transatlantykach. Zakłada swingowy big band i zaskakująco szybko znajdują się ludzie, którzy chcą grać razem z nim – młodzi bikiniarze z przygrywającego na potańcówkach zespołu, gardzący muzyką stroiciel fortepianów, który w każdym pisarzu widzi homoseksualistę, dystyngowany doktor Vogt, klarnecista-amator, milicjant, który przed wojną był trębaczem...
Do złożonego z miejscowych dziwaków big bandu dołączają Wanda i tajemnicza femme fatale Modesta. Fabian i Modesta zostają kochankami. "Król i królowa swingu", dwa barwne ptaki, żyją razem, zmagając się z trudną rzeczywistością tamtych lat. Pewnego dnia Modesta nagle znika, a historia miłosna zmienia się w opowieść z wątkiem szpiegowskim.
Poruszająca powieść, w której liryzm splata się z ironią, a melancholia z groteską. O złamanych przez wojnę ludziach, o muzyce, granej na przekór ponurej rzeczywistości – i o złudzeniach.
Kapitalna lektura na wakacje! Książka stała na półce w pięknym domu w Rybnicy Leśnej: co czytałem odłożyłem na bok. Bardzo warto było. Świetna narracja, mocne postaci, bardzo wciągająca historia. I ten perlisty wręcz zachwyt autora (no przecież!) nad jazzem ery swingu. Można zapisać zeszyt nazwiskami, tytułami płyt i utworów do słuchania. Wcale się nie dziwię, że szybko z tego zrobiono film. Siadam do Netflixa! No i przede wszystkim - słucham!
Wspomnienia z radosnej przedwojennej Polski okraszone solidnie komunistyczną szaroburą rzeczywistością. Radosny i słoneczny jazz upaplany prl-owskim błotem, a w tym wszystkim ludzie ze swoimi przywarami, pragnieniami i nieszczęściami. Czasem zabawna, czasam uderza nostalgią.