Aż pięć gwiazdek? Ano tak. Należy się, pomimo paru drobnych zastrzeżeń, które mam do tej biografii, bo jednak dawno nie sprawiło mi takiej przyjemności czytanie gęstej od informacji książki. Dowiedziałam się z niej naprawdę wiele - nie tylko o jej głównym bohaterze, ale o całym jego pokoleniu, pokoleniu ludzi, którzy uwierzyli, że po faszyzmie, po upadku systemu Polski przedwojennej możliwość stworzenia czegoś nowego i lepszego ma tylko system komunistyczny; którzy w części rozpoznali kłamstwo tego systemu już w latach 60., a w części dużo później, w latach 70. lub - jak Kapuściński, dopiero dzięki Solidarności i stanowi wojennemu (gdzie ja czytałam o tym przeżyciu pokoleniowym pewnej grupy ludzi; zachodzę w głowę i nie potrafię sobie przypomnieć...).
Przeszłam przez książkę jak burza, nie mogłam się oderwać, tak zauroczył mnie ten portret Kapuścińskiego, dziennikarza, pisarza, podróżnika, człowieka pamiętającego z traumatycznego dzieciństwa drugą wojnę, a potem rzucającego się z entuzjazmem w budowę powojennej Polski razem z partią, namawiającego znajomych, żeby też się zapisali, bo tylko w partii coś dla Polski można zrobić; którego rozczarowują kroki w tył systemu (po odwilży, w latach 60. i 70.), ale nie na tyle, by stracił szybko tę wiarę, bo też rzadko widywał codzienność Polski, przebywając głównie za granicą. Człowieka, który ostatecznie rozstaje się z tą wiarą w system, bo rozpoznaje w Solidarności ludzi walczących o godność, których opisywał przecież tyle lat w książkach o rewolucjach, wojnach i partyzantach w Afryce i Ameryce, a w twórcach stanu wojennego opresorów, pragnących tylko zachować władzę. I człowieka, który - mimo tego, że Polska lat 90. to świat, w którym wszystko, co lewicowe, potępia się w czambuł - nie traci swojej lewicowości, pamięta o zwykłych ludziach, rozumie zagrożenia zachodniej globalizacji.
Bardzo się cieszę, że nie przeczytałam tej książki zaraz po jej wydaniu, kiedy wzbudziła tak potężne kontrowersje, a autorowi wytoczono parę procesów sądowych. Niezależnie od tego, co sądzę o wykorzystaniu przez niego zaufania żony Kapuścińskiego w krótkich rozdziałach poświęconych jego życiu prywatnemu, wydaje mi się, że Domosławski ujął to i tak dość subtelnie (za dziesięć, dwadzieścia lat to, co napisał o jego córce czy romansach nikogo by już zapewne nie poruszyło. Problematyczne jest oczywiście to, że i żona, i córka żyły w chwili publikacji biografii; że ta pierwsza udostępniła mu prywatne archiwum męża itd., a część wzmianek poświęconych ich życiu rodzinnemu była dla niej bardzo bolesna. Gdzie granica w dążeniu do ujawniania prawdy? Mamy prawo ją ujawniać, jeśli krzywdzimy w ten sposób osobę niewinną?).
Podobnie odczytuję śledztwo autora w sprawie konfabulacji Kapuścińskiego, potwierdzonych lub tylko zasugerowanych - jako próbę dotarcia do prawdy o tym skomplikowanym człowieku i jego wybitnym pisarstwie. Jak podkreśla Domosławski, jego książki to zdecydowanie bardziej literatura niż dziennikarstwo; upiększanie, konfabulacje, wykorzystywanie plotkarskich opowieści rozmówców służą podkreśleniu istoty danego wydarzenia, zjawiska, człowieka czy sceny. "Cesarz" jest tylko pretekstowo opowieścią o Hajle Selasje, w rzeczywiści to opowieść o władzy, "pałacu" i jego wypaczeniach - i to nie tylko o "pałacu" Gierka i PZPR w latach 70. (muszę wrócić do tej książki po latach pewnie 20 i przeczytać ją teraz z tej perspektywy). Uderzył mnie kontrast między zjadliwymi recenzjami tej książki z czasów tuż po jej publikacji, a samym brzmieniem komentarzy Domosławskiego - przecież on, tropiąc konfabulacje Kapuścińskiego, jednocześnie cały czas go tłumaczy, usprawiedliwia, interpretuje wątpliwości na jego korzyść!
Moją uwagę zwróciła też jedna sprawa, o której nie czytałam w żadnej z dawnych recenzji. Domosławski pisze o autokreacji Kapuścińskiego w jego książkach, o tym, jak tworzy innego Ryszarda, tego bohaterskiego, choć bojącego się śmierci reportera, brnącego w niebezpieczne miejsca dla dobra sprawy, kilka razy "o mało" nie rozstrzelanego - i sam robi mniej więcej to samo w tej biografii. Przemierza życie Kapuścińskiego, tropi prawdę, zmyślenia i sekrety, komentuje, spekuluje, interpretuje, usprawiedliwia, budując w ten sposób postać Domosławskiego, bliskiego znajomego (przyjaciela lat ostatnich?), życzliwego, ale oddanego prawdzie. Czy robi to świadomie? Tak? A może nie? W każdym razie wzbudziło to nieraz mój uśmiech.
Zupełnie inny od uśmiechu Kapuścińskiego, bo dla Kapuścińskiego było to nader skuteczne narzędzie: "uśmiechem rozbrajał świat, który mógł go skrzywdzić". Od impresji o jego uśmiechu zaczyna się ta biografia, nadając ton całości - w końcu pomimo zgromadzenia przez autora ogromnego zbioru faktów i opowieści całość jest jednak impresjonistycznym obrazem człowieka, którego nikt do końca nie poznał.
Ze wstępu:
<< "Uśmiechem rozbrajał świat, który mógł go skrzywdzić". Tych żołnierzy, co go przepuszczali przez strefy zakazane w Afryce, a mogli rozstrzelać. Partyjnych decydentów, którzy go wysyłali w świat. Potencjalnych zawistników, których w dziennikarskim zawodzie niemało.
- Niech pan zbada, czy on się tego uśmiechu nie nauczył w czasie wojny. Czy uśmiech mu kiedyś nie uratował życia?
Zgoda, mówi jeden z najbliższych przyjaciół, któremu powtarzam tę rozmowę, ale czy tylko o to chodzi? Zawsze miałem wrażenie, mówi, że żył w świecie sekretów, że skrywał wiele tajemnic - przed przyjaciółmi, najbliższymi, przed samym sobą; tak, tak, sekrety ma się również przed sobą. Jakie miał sekrety? Osobiste, polityczne, pisarskie. Mimo światowej sławy, która powinna mu dać pewność siebie, głęboki oddech, był czymś przygnieciony. Widziałem to w jego spojrzeniu, kroku; ten uśmiech, ta miękkość, to sprawianie wrażenia, że wszystkich się lubi i słucha, nawet gdy opowiadają głupstwa.
Tajemnice Ryszarda Kapuścińskiego. Czy tak powinienem zatytułować książkę o człowieku nazywanym "reporterem XX wieku", moim mentorze i szczególnym przyjacielu, bliskim i nie do końca bliskim, którego - często mam wrażenie - lepiej poznaję dopiero teraz? Tak, gadaliśmy intensywnie przez ostatnich dziewięć lat jego życia, zawsze w królestwie na poddaszu domu przy ulicy Prokuratorskiej na warszawskiej Ochocie. Byłem tam ze sto razy, lecz wtedy - co widzę po czasie - poznałem mniejszą cząstkę pana Ryszarda, Ryszarda, Ryśka, niż mi się zdawało. Rozmawialiśmy o podróżach, z których każdy z nas wracał, o planowanych wkrótce i trochę później; o mądrych książkach i głupich rządach; co tam w polityce i co słychać w gazecie; że nigdy, przenigdy nie wolno porzucić pasji, nawet kiedy ktoś próbuje nam ją wybijać z głowy. Sporo o ludziach: maestro Kapuściński uwielbiał plotkować.
Nigdy jednak nie spytałem, jak się robiło karierę w Polsce Ludowej; za jakie sznurki trzeba było pociągnąć, do kogo się uśmiechnąć, jaką cenę zapłacić. Czułem, że nie lubi pytań o swoją przeszłość, a gdy rozmowa toczyła się nieuchronnie w tę stronę, zręcznie zmieniał wątek.
Czasem rzucał, że demokracja czy nie demokracja, a konformizmy i stadne myślenia są podobne, choć czasy różne. Nie wypytywałem, po której był stronie w czasie polskich przełomów ostatniego półwiecza, co robił, co myślał. Czego szukał, pchając się do Konga po zamordowaniu Lumumby, jadąc w sam środek rewolucji w imię Allaha czy przemierzając zbuntowaną Polskę epoki karnawału 1980-1981 - to wszystko wydawało mi się najbardziej zrozumiałe, choć teraz chyba rozumiem więcej. Nie zagadałem, czy czegoś czasem nie podkolorował, nie zmyślił, co mu zarzucali niektórzy krytycy za granicą. Czy czuje się spełniony? (Sądziłem, że tak)>>.