Druga część trylogii Ryfterzy, Wir, stanowi ambitną, lecz nieco rozczarowującą kontynuację obiecującej Rozgwiazdy. Watts przenosi nas z klaustrofobicznych głębin podwodnej stacji na powierzchnię świata w 2050 roku — ponurego, dystopijnego koszmaru, w którym ludzkość staje w obliczu nie tylko globalnych katastrof ekologicznych, lecz także zagrożenia ze strony dziwacznych wirusów AI i przerażających, nieziemskich patogenów. Choć autor buduje atmosferę jak z cyberpunkowych klasyków, a wizja nadciągającej apokalipsy jest intensywnie pesymistyczna i momentami fascynująca, to jednak Wir sprawia wrażenie zbyt rozproszonej i przesyconej technologicznym żargonem powieści, w której narracyjny impet znika pośród złożoności fabuły. W Rozgwieździe był piękny balas pomiędzy fabuła a technologicznym żargonem. Niestety tu fabuła traci.
Watts bez wątpienia wie, jak tworzyć dystopijne światy i wrzucić czytelnika w samo ich serce. Rok 2050 w Wirze to chaos i zniszczenie: topniejące lodowce podnoszą poziom morza, zalewając wybrzeża i generując masy uchodźców stłoczonych w gigantycznych gettach, gdzie korporacje i rządy, rządzone przez bezwzględne AI, podają im substancje psychoaktywne, by utrzymać spokój. To świat, w którym Behemoth – tajemniczy, pradawny patogen wydobyty z dna oceanu – grozi wyginięciem całego życia opartego na DNA. Watts zasypuje nas technologicznymi smaczkami, od żelowych komputerów biologicznych po wątki genetyczne i wirusologiczne, ale jednak Wir wydaje się czasem bardziej połączeniem idei niż spójną, wciągającą opowieścią.
Postać Lennie Clarke, bohaterki znanej już z Rozgwiazdy, niestety traci w tej części swój impet. Choć Clarke, cybernetyczna antybohaterka, jest nadal pełna mrocznego uroku, to jej nihilistyczne, destrukcyjne zachowania stopniowo odpychają czytelnika. Jej desperacja i chłodny dystans, które intrygowały w pierwszym tomie, teraz raczej zniechęcają, co utrudnia głębszą więź z bohaterką. Watts balansuje na granicy – wykorzystuje postaci o złamanych charakterach, ale tym razem zabrakło czegoś, co pozwoliłoby czytelnikowi naprawdę zaangażować się emocjonalnie.
Ostatecznie Wir pozostawia mieszane uczucia. To niewątpliwie ambitna powieść, która eksploruje mroczne zakątki ludzkiej natury i jej wpływ na technologię oraz społeczeństwo. Watts nadal imponuje świeżymi pomysłami i odważnymi, spekulatywnymi konceptami – jego wyobraźnia jest niemal bezgraniczna, a wizja dystopijnego świata pełna intensywnych szczegółów jest bardzo ciekawa. Niestety, historia sama w sobie nie zawsze angażuje. Czytelnik kończy powieść z nadzieją, że trzeci tom w pełni rozwinie napięcie i złożoność fabuły, przekształcając poszatkowane motywy Wiru w bardziej spójną konkluzję trylogii.
Wir to intensywny, choć momentami męczący seans wypełniony mrokiem i pesymizmem. Dla fanów brutalnych, technologicznych dystopii, warto po nią sięgnąć – choć bardziej z ciekawości niż z przyjemności. 3.25/5