"Po śmierci siostry bliźniaczki, Karolina, pełna oddania lekarka pogotowia ratunkowego, postanawia odejść do Ferrinu – świata, o którym marzyła od najmłodszych lat. Rytuał przejście otwiera przed nią drzwi do wymarzonej krainy, okazuje się jednak, że w Ferrinie trwa okrutna wojna. Karolina, tu zwana Anaelą dell’Iderei, Gwiazdą Ferrinu, Pierwszą z Przepowiedni, staje się przedmiotem walki między siłami dobra i zła. Eleuzis dell’Soll, władca Świata Elfów, Sellinaris WeddSa’ard – władca Darakii, Świata Duszobójcóe oraz Berenika de Sanctis mająca we władaniu Krainę Czarodziejek chcą wykorzystać Karolinę do własnych celów. Żadne nie ma czystych intencji – każde z nich chce wygrać wojnę… Na szczęście nawet w czasach konfliktu znajdują się tacy, którzy potrafią zrezygnować z prywatnych korzyści. Wraz z oficerem Darrkii, następcą ferrińskieg tronu oraz wygadanym jednorożcem imieniem Saris, Anaela dell’Iderei staje do samobójczej misji, której celem jest ocalenie świata, o którym zawsze marzyła. Kto stoi za Wielką Wojną? Dziewczyna powoli odkrywa prawdę, która mrozi jej krew w żyłach… Czy można obdarzyć miłością kogoś, kto jest największym wrogiem wszystkiego, co najdroższe? Przepowiednie nie kłamią, ale ich dopełnienie będzie się wiązało z nadludzkim wysiłkiem. A gdy przyjdzie do ostatecznej rozgrywki, Anaela będzie musiała wybrać między serdeczną przyjaźnią, a zapiekłą wrogością… "
Na starcie zacznę od tego. Przepraszam cię Daniel i Maro. Natalio CO TO KURWA JEST.
Jeśli miała istnieć jakaś książka, która miała mnie doprowadzić do szaleństwa to ta zdetronizowała wiele poprzedniczek. Mam nadzieję, że nikt nie dał się skusić na zakup tego "czegoś?". Szczerze mówiąc, jest to jedna z najgorszych książek, jakie miałem nieszczęście przeczytać. Nic, dosłownie nic w tej książce nie jest na swoim miejscu. Jej lektura przypomina próbę związania sznurkiem kupy ziemi – kompletnie bez sensu i celu.
Autorka najwidoczniej nie miała w ogóle kontaktu z redaktorem, bo brak tu jakiejkolwiek logiki. Wygląda na to, że nikt poza autorką nie przeczytał tej książki przed jej wydaniem. Całe szczęście, że słuchałem audio które nomen omen jest fatalne xD.
Fabuła, jeśli można to tak nazwać... nie no kurwa to nie fabuła to stek bzdur nie mających sensu.
Nie będę się rozwodzić nad wszystkimi błędami, bo jest ich tyle, że najlepiej byłoby zacytować całą książkę. Jednak proszę mi wierzyć – lepiej trzymać się od niej z daleka.
By ta recenzja miała jakąkolwiek wartość to nw coś wam mogę zaoferować.
PRZYGOTOWANIE 1. Mąkę wsyp do miski, dodaj jajka, mleko, wodę i sól. Zmiksuj całość na gładkie ciasto. 2. Patelnię do naleśników natłuść olejem i dobrze rozgrzej. 3. Na tak przygotowaną patelnię wlej chochlą ciasto naleśnikowe. Rozprowadź ciasto po całej powierzchni patelni. Przewróć naleśnik na drugą stronę, gdy jego spód będzie już odpowiednio ścięty i zarumieniony. Powtórz czynności aż do usmażenia ostatniego naleśnika.
No więc co mogę jeszcze dodać by odejść od tego gówna.
Parlament Wyspy Man, znany jako Tynwald, jest uważany za najstarszy nieprzerwanie funkcjonujący parlament na świecie. Jego korzenie sięgają czasów Wikingów, a oficjalne zapisy parlamentarne zaczynają się w 979 roku. Wyspa Man ma swój własny język, manx, który jest odmianą języków celtyckich. Język ten niemal wymarł w XX wieku, ale dzięki wysiłkom lokalnych aktywistów przeżywa renesans i jest nauczany w szkołach. Wyspa Man jest również znana z unikalnej rasy kotów – Manx. Manx Cat charakteryzuje się brakiem ogona, co jest wynikiem naturalnej mutacji genetycznej.
4,5 ⭐️ Pokochałam tę książkę całym swoim sercem. Dla mnie to był emocjonalny rollercoaster, dużo akcji i napięcia. Czasem miałam ochotę rzucić wszystko w kąt byleby siedzieć i czytać.
Świat jest intensywny, tempo szybkie, a wiele relacji przechodzi z punktu A do B bez budowania emocjonalnych mostów.
Wątek miłosny został wyciągnięty z tyłka i podany nam na złotej tacy. Nie został niczym poparty. Ta miłość po prostu jest koniec i kropka. Bardziej został opisany jako pociąg fizyczny niż realna miłość.
Jestem w stanie polubić Sellinaris'a, głównego złola, po poznaniu jego backstory, ale muszę poznać go też z innej strony, co pewnie nastąpi w tomie drugim. Umówmy się nikt nie rodzi się zły ani dobry. Zawsze się coś dzieje po drodze kiedy ktoś obiera ścieżkę zła. I fajnie, że autorka to dała dzięki czemu stał się bardziej wyrazisty. A szczerze powiedziawszy był mi obojętny przez praktycznie całą historię.
Wiele bohaterów jest po prostu niedopisanych. Czuć, że autorka miała na nich pomysł, ale zabrakło scen, które by pokazały ich głębię. Największym moim niedosytem są Reikan i Amre — bardzo obiecujące postacie, które dostają zbyt mało czasu, by wybrzmieć.
Mimo to klimat Ferrinu i ładunek emocjonalny rekompensują część tych braków.
Uważam, że Epilog został dobrze napisany. Jest to bardziej list autorki do czytelnika niż faktyczny epilog. Słowa: "Pora się pożegnać. Mam nadzieję, że Twój Ferrin i Twój Sellinaris czekają gdzieś na Ciebie. Uwierz mi, czasem wystarczy jeden krok. Wiec bądź wierna. Idź."
I ja to w sumie mam. Mam swoje postacie, które sama wykreowałam, swój świat oraz magię. Nie publikowałam tego jednak nigdzie.
Ciężko napisać coś konstruktywnego o tej książce. Zbierałem się do tego kilka dobrych dni, bijąc się z myślami, czy to w ogóle zasługuje na jakąkolwiek ocenę? Autorka ewidentnie jest ponad wszelką krytykę, robi co chce i popełnia błędy w takiej ilości, że szkoda gadać. Jest tu kilka ciekawszych wątków i coś w rodzaju isekaia przeniesionego na Polskie standardy. Problem w tym, że ilość wątków którą tutaj próbuje upchnąć autorka w metrze kwadratowym papieru drukarskiego, jest ogromna. Tu dzieje się autentycznie wszystko na raz, bez żadnej przyczyny czy bez żadnych skutków. Na jednej stronie widzimy szkolenie, żeby na drugiej widzieć pełnoskalową wojnę. Rzeczy dzieją się zdecydowanie za szybko, żeby nas obchodziły. Wytłumaczenia autorki są albo kolosalnej wielkości info dumpem czystej wody albo wcale ich nie ma i weź się czytelniku zorientuj czemu tak jest.
Self insert autorki na zakończenie jest w mojej opinii komiczny. No i dobrze podsumowuje z kim mamy do czynienia.
Coś za krótka ta recenzja jak na moje standardy, więc łapcie coś pożytecznego:
Japoński omlet Tamago
Składniki:
· 1-2 łyżki Sosu Mirin House of Asia
· 5 jajek
· ½ szklanki bulionu warzywnego
· 1 łyżka wina ryżowego
· 3 łyżki cukru
· Olej roślinny do smażenia
· Sól do smaku
Sposób przygotowania 1. Do miseczki wbij jajka i wymieszaj dokładnie pałeczkami tak, aby nie powstała piana (nie odrywaj pałeczek od dna). W osobnej misce wymieszaj bulion, sos mirin, wino ryżowe, cukier i sól, a następnie dodaj do jajek. Całość delikatnie wymieszaj tak, aby utworzyła się gładka, jednolita masa.
2. Rozgrzej patelnię do Tamago i natłuść ją przy pomocy papierowego ręcznika nasączonego olejem roślinnym. Wlej 1/3 masy na całą patelnię, tworząc cienką warstwę (tak jak na naleśniki). Gdy masa zacznie się ścinać, za pomocą drewnianej łyżki rozpocznij zwijanie omletu. Staraj się utworzyć prostokątną, wielowarstwową roladę.
3. Nie ściągając z patelni pierwszej partii masy, wylej kolejną porcję i powtarzaj czynność zwijania do momentu, aż skończy się masa. Jeśli Tamago będzie nieco luźne, przytrzymaj je dłużej na patelni i pozwól mocniej ściąć się jajkom.
4. Przygotowany omlet potnij w cienkie paski, podawaj z sosem sojowym lub jako dodatek do wybranego dania.
Pyszne danie! Dużo lepiej spędzony czas na jego przygotowaniu i zjedzeniu, niż czytanie tego czegoś.
Do tej pory uważałam "Zmierzch" najgorsze romansidło (pseudo)fantasy. Teraz mogę powiedzieć, że zyskał on rywala. W tej książce nie tylko treść woła o pomstę: świat wymyślany jakby na bieżąco, konkursowo głupia główna bohaterka oraz całkowicie niedorzeczny romans/romanse (można się pogubić, jak w telenoweli). Brnąc przez kolejne strony nie mogłam uwierzyć, że wydano książkę napisaną tak niedbale. Żałuję straconego czasu i nie polecam nikomu.
DNF na 58% Próbowałam ją polubić, ale już mnie tak męczy, że daje sobie spokój. Słuchałam w audio, ale czułam się tak pogubiona w tym co tu się dzieje, że przestało mi zależeć. Nie wystawiam oceny.
Nie miałam jeszcze styczności z żadnym dziełem od tej autorki, a na tę serię trafiłam przez przypadek. Wiele osób widząc średnią ocen tej książki poddała by się, uważając że nie jest warta poświęcenia na nią czasu, ale mnie tym bardziej ta rażąca niechęć zachęciła. Wielokrotnie zdarzało mi się że książki ze słabą oceną podobały mi się bardziej od tych z lepszymi ocenami. Z reguły nie piszę recenzji, więc mam nadzieję, że nie wyjdzie okropna.
W tej książce znalazło się wiele potknięć, ale w moim odczuciu nie ujmowały one wartości książki. Na pewno mogłaby być lepsza, ale nie była aż taka zła, aby dawać jej jedną gwiazdkę, jednakże jest to tylko moja opinia.
Opisy były skąpe, jak na świat fantastyczny. Mogłyby być bardziej rozbudowane, żeby czytelnik mógł się bardziej wczuć i wyobrazić sobie tą krainę, ale nie każdemu łatwo przychodzi opisywanie otoczenia. Za to opisy akcji były lepsze.
Duża ilość bohaterów, powodowała, że na początku gubiłam się kto kim jest. Denerwowało mnie to trochę, ale po pewnym czasie było lepiej, szkoda tylko że nie wszyscy przeżyli. Wiele osób, które napisały recenzje, uważała że postacie są słabo wykreowane i mogłyby być jedną postacią. Nie mogę się z tym zgodzić, moim zdaniem każda postać miała swój wkład, chociaż można by było bardziej je rozbudować, jednakże nie były aż tak słabo wykreowane.
Główna bohaterka czasami zachowywała się głupio i naiwnie, przez co myślałam, że będzie potrzebowała ratowania 24/7. Mimo to bardzo ją polubiłam i przywiązałam się do niej. Podobało mi się również to, że potrafiła się podnieść pomimo iż to z jej winy wiele istot zginęło.
Co do samej akcji, działa się moim zdaniem trochę za szybko. Co prawda dzięki temu nie było nudno, ale coś mi w tym nie pasowało. Wtrącenia rozmów bogów, wprowadzały zamęt do całej historii, kiedy zaczynało się czytać i nie wiadomo było kto kim jest, co w sumie dało książce wątek tajemnicy, a z czasem wszystko zaczęło nabierać sensu i kolorów.
Uwielbiam fantastykę z wątkiem romansu, więc nie przeszkadzało mi iż Anaela miała wielu zalotników, chyba tak można ich nazwać. Moim zdaniem dawało to duży rozwój akcji. Chociaż ten wątek nie został w pełni wykorzystany tak jakby mógł być. Sellinaris i Anaela,.mimo wszystko można było zrobić z nich dobrą parę. W tym przypadku miłość romantyczna została zastąpiona zwykłym pożądaniem, byłoby wykonalne połączyć oba w spójną całość, niestety tutaj nie udało się tego dokonać, a przynajmniej ja nie potrafiłam tęgo zauważyć, a byłby z tego dobry wątek.
Przechodząc do zakończenia, wymyślałam różne scenariusze w jaki sposób może się ta książka skończyć, ale nie spodziewałam się tego w jaki sposób faktycznie się zakończy. Podejrzewałam że Anaela wróci jakoś do prawdziwego świata, skoro kolejna część jasno mówi że wraca do Ferrinu, jednakże nie spodziewałam się że trafi do szpitala psychiatrycznego oraz że Sellinaris również pojawi się w prawdziwym świecie.
Po głębszej analizie "Gry o Ferrin", da się zauważyć dużą ilość błędów, ale podczas czytania nie były one bardzo rażące. Dało się przy tej książce odprężyć i zatopić w świecie fantasy, chociaż nie ukrywam, że autorka dałaby radę go bardziej rozbudować. Nie żałuję poświęconego na nią czasu, mam nadzieję, że inne części również mnie nie zawiodą. Wierzę, że znajdą się inne osoby, którym również przypadnie ona do gustu.
This entire review has been hidden because of spoilers.
To było bardzo, bardzo złe. Dosłownie nic w tej książce nie było na swoim miejscu. Ta powieść przypomina mi próbę związania sznurkiem kupy ziemi. Szczerze wątpię, że ktokolwiek oprócz autorki przeczytał tę książkę przed wydaniem, a już na pewno nie żaden redaktor. Nic nie ma tam sensu zaczynając na poziomie konceptualnym, po leksykalny. Książkę miałam z biblioteki (z jakiegoś powodu egzemplarze były w każdej fili, a w centralnej nawet dwa) i cieszę się, że nie wydałam na ten gniot ani złotówki...
Generalnie "sens" tej "powieści" rozgrywa się wokół Karoliny, która normalnie pracuje na pogotowiu, ale to wszystko i tak nie ma znaczenia, bo nasz kochany płatek śniegu szybko tafia do fantasylandu, gdzie wszyscy chcą ją zgwałcić, a jak nie, to chociaż zamordować. Autorka sili się na stworzenie wielu postaci, które mogłyby równie dobrze być jedną bo ich kompletny brak charakteru spowodowany niespójnością, sprawia, że nie są dla czytelnika, ani ważne, ani interesujące. Bohaterka dostaje questa, żeby przespać się z każdym z nich, a na koniec idzie do łóżka z bossem i przerywa dwustuletni konflikt.
Nic z tego nie ma dla czytelnika żadnego znaczenia, bo świat nie jest wykreowany ani wiarygodnie, ani składnie i większość informacji jest nam podana w ekspozycji, która równie mogłaby być wpisem na Wikipedii (wtedy może byłoby to ciekawsze), a i na tym froncie autorka polega, bo wielu rzeczy po prostu nie wiemy - są i już (dlaczego elfy mają tylko cztery palce? Dlaczego kras.. Górale nie mają własnego państwa? O co chodzi z tą cholerną grą i dlaczego bohaterka utknęła w pętli czasowej na początku książki???).
Nie chcę się za bardzo rozwodzić nad wszystkimi błędami, bo jest ich tak wiele, że najlepiej by było zacytować po prostu całą książkę, ale proszę mi wierzyć - lepiej po nią nie sięgać.
"Jeżeli jakaś książka miałaby doprowadzić do obłędu, to byłaby to TA książka". Nie polecam.
Mówiąc całkiem szczerze, z początku byłam pozytywnie zaskoczona powieścią. Język całkiem składny, zalążek rozwijającej się powoli historii intrygujący. Ale im dalej tym więcej gówna. Mówiłam że historia rozwija się powoli, prawda? Ta, przez pierwsze 100 stron. Potem zapieprza w prędkości nadświetlnej, że przestałam ogarniać co się tu w ogóle dzieje. I to do tego stopnia, że czasem miałam wrażenie, że chronologia żyje własnym życiem, a postacie, swoją drogą strasznie papierowe, magicznie zmartwychwstały, mimo ze wcześniej autorka je uśmiercała. Ok, wiem co tu się działo - to była jedna wielka orgia, każdy pieprzył każdego, ale tak naprawdę wszyscy myśleli przy tym tylko o głównej bohaterce - idealne, rude (i przy okazji kompletnie głupie, a swoim tupaniem nóżkami przypominające dzieci ze wczesnego gimnazjum) alter ego autorki. Przeplatanie języka poetyckiego z tekstami potocznymi (np. słówko fatality) rozwaliło mnie na łopatki - domyślam się, ze wojska zamiast napieprzać się mieczami to grali w Mortal Kombat żeby rozstrzygnąć kto wygrał. W ogóle mnie interesowało kto wygrał? No ni cholery. Cała książka to tylko mokre sny pani Kasi a propos bzykania się z facetem pokroju skurwysyna, a wszystko poza tym wątkiem to tylko zapchajdziura.
Wyobraźnia ludzka nie zna granic. Wyobraźnia ludzka skierowana w złą stronę może stworzyć katastrofalne "dzieło", jakim właśnie jest "Gra o Ferrin". I opierając się tylko na osobie głównej bohaterki - jeszcze nigdy nie spotkałam tak wnerwiającej, lekkomyślnej postaci. Ledwo co przeszła do innego świata, a już wszystko wie najlepiej. Nic dziwnego, że wszyscy wyzywają ją od szmat i im podobnych. Na pewno nie polecam osobom, które są początkujące w dziale fantastyki. Tym bardziej nie polecam ludziom, którzy kochają fantastykę ponad wszystko. A tak właściwie, to nie polecam nikomu, chyba że ktoś lubi katować się beznadziejną lekturą.
Momentami myślałam: e, całkiem spoko. Monentami: co tu się wgl dzieje? Dziwni ci bohaterowie i fabuła, brakuje mi logicznych połączeń tych wszystkich watków, których jest bardzo dużo, ogólnie dużo się dzieje, ale tak w sumie po co i dlaczego?
Na rok 2024 mam jeden plan czytelniczy: wyczytać wszystkie książki Katarzyny Michalak jakie posiadam. Chcę się ich pozbyć, ponieważ twórczość tej autorki nie jest moją ulubioną. Zaczęłam od "Kronik Ferrinu" i już po pierwszym tomie wiem, że to będzie droga przez mękę. Karolina jest lekarką pogotowia. Zostaje wezwana do samobójczyni. Tożsamość kobiety burzy jej świat. Dziewczyna postanawia uciec w magiczny świat Ferrinu, który poznała w sierocińcu, gdy była dzieckiem. W tym świecie nie jest Karoliną, a Anaelą dell'Iderei Gwiazdą Ferrinu - Pierwszą z przepowiedni, a sam Ferrin jest w środku wojny między dobrem, a złem. Kto chce pomóc Anaeli? kto jest jej sojusznikiem, a kto wrogiem? Czy Anaela uratuje Ferrin? Liczyłam, że "Gra o Ferrin" będzie poprawna. Jednak nie. Na początku nie mogłam się w nią wciągnąć, a potem zaczęła mnie irytować główna bohaterka. Bardzo nie podobało mi się, że z Karoliny zrobiono obiekt seksualny. To było strasznie irytujące, bo nie ma na świecie kobiety, która podobałaby się każdemu facetowi. A tu każdy - dosłownie każdy chciał ją mieć w łóżku. Na dodatek mamy doczynienia nie z trójkątem miłosnym, a czworokątem. Na dodatek inteligencja głównej bohaterki woła o pomstę do nieba. Nie znając zasad panujacych w danym świecie robiła straszne głupoty, które narażały ją na niebezpieczeńśtwo, ale również osoby jej bliskie. A potem był płacz, bo ktoś zginął. Cóz skoro ktoś doświadczony mówi, że masz uciekać to nie zostajesz popatrzeć na wojnę. Nie mówisz, że będziesz słuchać mądrzejszych, a potem masz to w dupie. Jest po prostu ignorantką, która ciągle się poświęcała i myślała, że to załatwi sprawę. Autorka również nie mogła się zdecydować czy pisze powieść w czasie teraźniejszym czy przeszłym. Raz pisze "mówi", a za kilka stron "mówiła". Dla mnie taki brak konsekwencji jest rażący. Nie wspomnę o masie błędów logicznych, np. Karolina ma 23 lat i już jest po studiach medycznych? To, co ona je zaczęła w liceum? Nie mogę dać tej książce więcej niż dwie gwiazdki za fakt, że czyta się w miarę szybko.
Fatalny styl, w którym króluje mocno nastoletni patos („WeddSa’ard nie jest moim ukochanym! Ja go nienawidzę! Czyżby? To czemu w lędźwiach rozlewa się fala gorąca?”). Do tego chaos i brak logiki. Kolejne sceny, a czasem nawet zdania, wydają się być poukładane przypadkowo. Najbardziej ekstremalnym przypadkiem jest fragment, gdy w jednym zdaniu postaci rozmawiają na polu bitwy, żeby w kolejnym, bez żadnego wyjaśnienia, znaleźć się w lochach zamku. Jakby przed wydaniem nikt nie przeczytał tej powieści i nie zwrócił uwagi, że to się zupełnie nie trzyma kupy.
Sytuacji nie poprawia osoba heroiny. Dawno nie trafiłem na postać tak irytującą jak Karolina vel Anaela aka Katarzyna. Mimo bycia dwudziestoparoletną lekarką, zachowuje się jak sfoszona i niezbyt lotna nastolatka, która co chwila albo sama wpada w tarapaty, albo wpędza w nie inne osoby, co czasem kończy się dosłowną masakrą, jak w przypadku, gdy pomimo przestróg wpuściła tylną furtką armię wroga do zamku. Jej życiowym kompasem są chwilowe zachcianki i zmienne nastroje. Podobnie z postaciami drugoplanowymi. Co chwila ktoś obraża się, trzaska drzwiami i sprzedaje plaskacze rozmówcy.
Tu też warto wspomnieć o ogólnym problemie z bohaterami nie będącymi Karoliną- oni wszyscy są tacy sami: bardzo emocjonalni, knujący i ogólnie niefajni. W zasadzie różnią ich tylko intencje względem głównej bohaterki- jedni chcą ją zabić, inni wydupczyć. Czasami te postawy występują naraz.
To jest moja trzecia książka Katarzyny Michalak i zdecydowanie najgorsza. Nie można powiedzieć o niej nic dobrego, poza tym, że stanowi źródło zabawnych anegdotek, zaczynających się od słów: „Ej, nie uwierzycie jak złą powieść przeczytałem”.
ps. jako gracza, rozbawiło mnie pomieszanie z poplątaniem w tym zdaniu: „Kiedy dotrze do ciebie, kretynko, że to nie RPG: zrobią ci fatality, a ty klikasz i masz drugie życie”.
Nie miałam wielkich oczekiwań względem tej książki, może i dobrze bo aż tak bardzo się nie zawiodłam. Szczerze to nie wiem co mam o niej myśleć. Pomysł sam w sobie świetny i z wielkim potencjałem. Wykonanie natomiast jest nie najlepsze. Autorka nie wykorzystała typowych dla fantasy sytuacji w których można budować napięcie i wprowadzać zwrot akcji lub coś czego czytelnik w ogóle nie będzie się spodziewał. Stąd moje trzy gwiazdki. Dalej liczę, że w następnych częściach się rozkręci.
Miłością do fantastyki zaraził mnie mój tata kiedy nie byłam jeszcze nawet w podstawówce. Zdarzały się momenty, w których miałam dość i porzucałam ten gatunek na rzecz innych, ale i tak w końcu wracałam. Jeżeli chodzi natomiast o prozę Katarzyny Michalak, to choć jest ze mną dopiero od dwóch lat to uwielbiam ją równie mocno jak wszystko co fantastyczne. Dlatego pewnie nie zdziwi nikogo fakt, że z niecierpliwością czekałam na moment gdy na rynku wydawniczym pojawi się wznowienie Gry o Ferrin, nie tylko debiutanckiej powieści jednej z najlepszych polskich autorek, ale także zaliczanej do grona książek fantastycznych. Co z tego wynikło?
Karolina ma dość swojego życia, które kręci się ciągle wokół wielogodzinnych dyżurów w pogotowiu i utarczek z nieprzyjemnym ordynatorem oddziału. Jednak czarę goryczy przelewa śmierć samobójczyni, która wyglądała identycznie jak ratująca ją Pani doktor, a także wiadomość o zniknięciu jej przybranej ciotki, która ją wychowała. Z tego powodu Karolina, wierząca w istnienie magii i Ferrinu… postanawia udać się do niego przy pomocy tajemniczego rytuału. Nie spodziewa się jednak, że wpadnie w sam środek krwawej wojny. Co zrobi Anaela del’Iderei (bo takie miano w Ferrinie nosi Karolina)? Jakie czyny są jej przeznaczone?
Przyznam, że z początku ciężko było mi się wczytać w historię Karoliny i Ferrinu. Przytłoczyła mnie ilość informacji i postaci jakie poznajemy już na pierwszych kilkunastu stronach. Szczególnie, że na pierwszy rzut oka nic nie jest ze sobą powiązane. Na szczęście wszystko się szybko wyklarowało, a ja całkowicie mogłam się wyłączyć i razem z bohaterką przenieść do czarownej i przepięknej krainy jaką jest Ferrin. To naprawdę kraina jedyna w swoim rodzaju, ponieważ przy jej tworzeniu autorka nie korzystała z żadnego utartego schematu jakie mieliśmy okazję poznać w trakcie czytania innych powieści fantastycznych. Kasia Michalak naprawdę się postarała. Stworzyła niesamowicie intrygujący świat, który skrywa ogromną ilość tajemnic oraz zachwyca mnogością zamieszkujących go ras. Nie tylko poznajemy ponownie elfy, krasnoludy czy czarodziejki, ale także kyrie (połączenie ludzi ze smokami), duszobójców (przypominających mi zombie) i wiele innych, które również zachwycają jak i chwilami przerażają.
Akcja jest naprawdę dynamiczna i pełna niespodziewanych zwrotów, które nie raz nie dwa można odczuć niemałą konsternację. Jednak dzięki temu zyskuje na tym także fabuła, która staje się bardziej nieprzewidywalna. Jeżeli chodzi o fabułę właśnie, to muszę powiedzieć, że jest ona jedną wielką tajemnicą, na którą składają się kilka pomniejszych zaplątanych ze sobą niczym węzeł gordyjski. Praktycznie do samego końca nie wiadomo kto, po co lub dlaczego. Dzięki temu autorka nie tylko wciąga nas coraz głębiej, do samego serca historii, ale także buduje odpowiednie napięcie, które swój punkt kulminacyjny osiąga przy samym zakończeniu. Musicie jednak wziąć pod uwagę, że gdy dotrzecie do tego miejsca, będzie za późno. Nie dacie rady wypuścić książki z rąk. Szczególnie, że takiego zakończenia na pewno nikt nie będzie się spodziewał znając poprzedzającą go treść.
Michalak już od samego początku udowodniła, że z prawdziwym talentem pisarskim, pozwalającym na ciągłą grę na czytelniczych emocjach, trzeba się po prostu urodzić. Pisarka tak bardzo absorbuje stworzoną historią, iż sama nie mam pojęcia kiedy, ale w końcu zaczęłam niecierpliwie przekręcać kolejne strony, a chęć poznania co one skrywają była tak wielka, że nie potrafiłam spokojnie usiedzieć. Często razem z bohaterką wściekałam się, martwiłam i nawet uroniłam kilka łez. Właśnie bohaterowie… to, jak dla mnie, kolejne małe arcydzieło potwierdzające pierwsze zdanie tego akapitu. Żaden z nich nie jest taki jakim wydaje się na pierwszy rzut oka. Mają tak wiele „twarzy”, że do samego końca nie można wyrobić sobie zdania na ich temat. Jednak nie znaczy to, iż nie pojawia się nić sympatii. W moim przypadku przerodziła się ona w prawdziwe uwielbienie dla… Sellinarisa. Wiem… wiem, że to czarny charakter, ale ma sobie to coś co przyciąga i karze mieć nadzieję, iż jest w nim głęboko ukryte dobro. Jeżeli chodzi o relacje pomiędzy bohaterami, to powiem tylko tyle, że są one równie zaplątane i nieprzewidywalne jak i cała historia w której przyszło im brać udział.
Nie mogę nie wspomnieć o zupełnie nowej oprawie graficznej w jaką Grę o Ferrin „ubrała” Kasia Michalak i Wydawnictwo Literackie. Jest ona nie tylko niesamowita, ale i doskonale oddająca klimat treści jaka się pod nią ukrywa.
Podsumowując. Gra o Ferrin nie jest pozbawiona błędów jednak nie jest to niczym zaskakującym, ponieważ należy pamiętać, że jest to wznowienie debiutanckiego dzieła autorki, a przecież jak każdy z nas wie, iż takie książki nie są pozbawione potknięć. To po prostu niemożliwe. Wracając jednak do Gry…, jak najbardziej ją polecam, bo warto poznać historię w niej zawartą. Zresztą nie będę po raz kolejny powielać tego o czym możecie przeczytać w akapitach powyżej. Dodam tylko, że na każde wspomnienie lektury tej książki, w głowie kołacze mi się jedna myśl: „O mamo! Ja chcę więcej!”. Nie pozostaje mi więc nic innego jak tylko czekać do lutego, a Was zachęcać na każdym kroku do zapoznania się z tą historią.
Nie do końca w moim stylu. Ale jest do przeczytania. Czytanie utrudniało mi przeskakiwanie z bohatera na bohatera i w różne miejsca. Nie poddaje się i sięgnę po kolejne części. Może kolejne bardziej mnie zaciekawia.
Już wiem jak się czują czytający Grę o tron gdzie z czasem boisz się kogoś polubić z obawy, że zaraz potem umrze. Jedna postać była przy śmierci (i w trakcie) ze 3 razy i miałam już dość. Oczywiście, że to jego musiałam polubić najbardziej -.- Ale inni moi ulubieńcy też mieli podobnie. Praktycznie co 5 min po połowie książki musiałam się odrywać z myślą "Nie! Nie zrobił tego? I jak ja dalej będę czytać?". Za bardzo ponoszą mnie emocje xD
Kolejny raz spotykam się z tak srogimi opiniami na LC po czym okazuje się, że kolejna książka nienawidzona przez większość podoba mi się znacznie...
Zgodzę się jak najbardziej, że język jest dość ubogi i wariuje z zatrzymanego w powiedzmy średniowieczu by wrócić do współczesności, ale tak już jest kiedy mamy główną bohaterkę przenoszącą się z normalnego świata w taki gdzie są wiedźmy, rycerze i smoki. Na medycynie się nie znam więc błędów nie widziałam, pomyłka w imionach pomyłką nie jest jeśli ktoś by czytał uważnie. Nie pamiętam jakie argumenty wypisują jeszcze inni czytający z negatywnymi opiniami.
Pominąwszy fakt języka, który jednak czasem jest w dodatku tak ubogi aż często pojawiają się te same epitety, książka spodobała mi się z początku za wartką akcję. Gdy główna bohaterka trafia w końcu do magicznego świata akcja goni akcję, porwania, niemal gwałt, ratowanie i znów nowy dzień nowe "przygody". Choć z początku Karolina wydaje się być kobietką w opałach szybko zaczyna się uczyć jak sobie poradzić i to właśnie dlatego ją polubiłam. Co prawda wielka moc zostaje jej podana na tacy jak i duża ilość wysoko postawionych znajomych może tworzyć bohaterkę wszechpotężną z Karoliną tak nie jest. To właśnie jej naiwność przy spotykaniu nowych osób drażniła mnie najbardziej. O ile ktoś przy pierwszym poznaniu nie był wściekłą jędzą Karolina wierzyła mu we wszystko... a potem straciła kogoś tak ważnego by ratować osobę kompletnie tego nie wartą. Motyw zabawy znudzonych bogów jest wielokrotnie wciągany w fantastykę, ale jeszcze mi się nie przejadł choć Katarzyna Michalak zaskoczyła mnie nie koniecznie obcesowymi opisami szczegółowych interakcji z bogami a dokładniej kiedy ktoś musiał się im sprzedać, żeby uzyskać to co chce. Jak zawsze, ludzie decydujący się na taki los głupio wierząc, że będą potem szczęśliwi są dla mnie nie zrozumiali.
Cóż... wyczekuję z niecierpliwością aż w ręce wpadnie mi Powrót do Ferrinu (który jest koszmarnie ciężki do zdobycia), ponieważ końcówka... końcówka była porąbana. Jego tylko brakowało we współczesnym świecie. To nie będzie happy end.
It was a guilty pleasure. I know it's bad. Really, really bad. I know many things don't make sense, many are pointless and many are left unresolved (there are other books following this, but this wasn't planned to be a series from what I know); and yet it managed to stir some emotions within me, which was something no book, even the really good ones, managed to do to me since I was reading Harry Potter in primary school, so I ought to give it some credit for that. Probably because it actually told the story of the dream I used to dream every day as a teenager - the ordinary me suddenly becoming a super being weilding powerful magic, saving souls, healing wounds, being the light fighting the despair in heroic battles and being surrounded by troubled handsome guys, possibly with some dark past, who make great saving subjects - and who all adore me, fighting for my love, while I perform my dramatic sacrifices, ofc. And the actual story? Forget about it, it's not that important...
That is precisely what the book is about. If you never had those sick girly dreams - don't read it. Ever. Just don't. You'll cringe.
Pomysł na historię świetny - w końcu kto nie chciałby przenieść się do świata znanego z bajek z dzieciństwa? Wykonanie znacznie gorsze, szczególnie za sprawą głównej bohaterki, której sposób myślenia pozostaje dla mnie niezrozumiały. Analea to kobieta dziecinna, nieodpowiedzialna, a Autorka na dodatek wplątała ją w "zapisany na kartach przeznaczenia" związek z personą, której bohaterka szczerze nienawidzi i jednocześnie kocha do szaleństwa. Ot - magia. Mam wrażenie, że fabuła (?) została przemyślana pod kątem opowiastki dla nastoletnich czytelniczek - jakiegoś polskiego odpowiednika "Zmierzchu" - ale Autorka postanowiła dorzucić garść "dorosłych" elementów, by przyciągnąć do powieści większe rzesze czytelników. I ponownie - pomysł dobry, ale jego wykonanie mrozi krew w żyłach i może doprowadzić do szewskiej pasji.
Bardzo żałuję, że nie mogę postawić choćby dwóch gwiazdek, ale podczas lektury za często przewracałam oczami, zaskoczona/zniesmaczona zachowaniem protagonistki i jej losami.
Wiele słyszałam o tej książce i przyznaję, że sięgnęłam po nią spodziewając się, że będzie śmieszna, tak-zła-że-aż-dobra. Spodziewałam się "Birdemica" literatury. Nie mogło być większej pomyłki. W najgorszych snach nie spodziewałam się, że będzie tak źle. Nie dziwię się teraz, że internetowe analizy i relacje z czytania kończyły się po kilkudziesięciu stronach, nie wiem nawet jak udało mi się dobrnąć dalej, chyba byłam pchana złudną nadzieją, że padnie chociaż jedno zdanie, które ma sens. Przestrzegam poszukiwaczy lolcontentu, nie idźcie tą drogą.