Znakomita powieść szpiegowsko-detektywistyczna osadzona w realiach komunistycznej Polski lat sześćdziesiątych. Narratorem jest dwudziestojednoletni Jeremi Felicki, podchorąży z Wyższej Szkoły Oficerskiej MSW w Legionowie, w SB od jedenastu miesięcy, który w niedzielę, 13 sierpnia 1961 roku, zostaje niespodziewanie oddelegowany do szczególnego zadania. Nieświadomie rozpoczyna również swoją prywatną misję zwaną „Tandem”. Młody funkcjonariusz, jako kierowca i ochroniarz swoich przełożonych, pułkownika Jana Henke i majora Stefana Poletyło, zmierza czarną wołgą do siedliska Gadastruga na Pomorzu, do dawnej siedziby Abwehry, dziś willi recepcyjnej KC PZPR. Mieszkający w siedlisku Karol Podkalicki, sekretarz Biura Politycznego KC PZPR, ma otrzymać z rąk pułkownika „zaległy” Order Budowniczego Polski Ludowej, dzień po swoich urodzinach, hucznie obchodzonych w siedlisku.
ESBECY WŚRÓD SZPIEGÓW Dopiero co sprawdzałam, jak popularny dziennikarz wypadł w roli powieściopisarza (Marcin Meller „Czerwona ziemia”), a teraz postanowiłam przekonać się, jak to się udało znanemu reżyserowi i scenarzyście. W tym starciu reżyser wygrał z dziennikarzem przez nokaut.
Jako scenarzysta Juliusz Machulski wielokrotnie dowiódł, że opowiadanie wciągających historii ma opanowane perfekcyjnie. Ale powieść to nie tylko fabuła, ale również język i styl. W scenariuszu wystarczy napisać „wchodzi”, „kłania się”, „wychodzi”, w powieści trzeba się bardziej wysilić. I pod tym względem Juliusz Machulski również stanął na wysokości zadania, udowadniając, że potrafi posługiwać się językiem literackim, w przeciwieństwie do połowy popularnych „pisarzy”, których książki przypominają szkolne wypracowania.
„Wisząca małpa” ma strukturę klasycznego kryminału (dom na odludziu, ograniczona liczba podejrzanych), jednak autor w pewnym momencie łamie schemat, i to całkiem zgrabnie. Wielbiciele Agathy Christie znajdą wiele ukłonów w kierunku mistrzyni, łącznie z zakończeniem. Autor z wprawą żongluje konwencją, dostarczając dobrej zabawy szarym komórkom czytelnika.
Akcja rozgrywa się w 1961 roku. To ciekawe czasy, do których mało kto dzisiaj nawiązuje, bo temat niemodny. Kogo dziś obchodzi „mała stabilizacja”? Osoby dramatu - to wysocy dygnitarze partyjni, esbecy i szpiedzy. Chociaż realia tamtych dni zostały dobrze oddane, mam drobną wątpliwość, czy rzeczywiście tak otwarcie można było naigrywać się wtedy z władzy ludowej. Biorąc jednak pod uwagę, że wysokie stanowiska zwykle gwarantowały nietykalność, muszę uwierzyć autorowi, że w zaufanym gronie można było mówić, co się chciało.
Każdą z postaci autor obdarzył ciekawym życiorysem. Oceńcie sami: jeden z bohaterów uważa, że to przez niego wybuchło powstanie warszawskie, drugi chwali się, że to dzięki niemu Gagarin poleciał w kosmos, inny twierdzi, że przyczynił się do wybudowania berlińskiego muru, a kolejny, że jest autorem szlagieru „Girl of Ipanema”. I chociaż brzmi to fantastycznie, wszystko jest tak dobrze osadzone w realiach, że nic nie zgrzyta. Do tego jeszcze wyrafinowane poczucie humoru. Byłoby idealnie, ale…
Najbardziej przeszkadzały mi powtórzenia (najpierw ktoś coś mówi, a narrator to powtarza, albo odwrotnie), dłużyzny w stenogramach z podsłuchów i nieokiełznane gadulstwo dwóch esbeków prowadzących śledztwo. Trudno ich odróżnić, mówią tym samym językiem, ten drugi jest w trakcie śledztwa zupełnie niepotrzebny. Owszem, przydaje się na końcu, ale jego rolę w dochodzeniu można było ograniczyć, a przynajmniej nie pozwolić mu tyle gadać. Redaktor chyba nie miał odwagi, żeby częściej sięgać po nożyczki.
Wyjaśnienie zagadki jest trochę za bardzo przekombinowane (przynajmniej o jeden wątek za dużo), ale nie można mu zarzucić nielogiczności. I tylko nie wiem, jak traktować ten raport służb specjalnych na końcu. Wygląda, jakby był prawdziwy, ale wtedy ta historia, jeśli rzeczywiście miała miejsce, robi się nieprawdopodobna. Jeżeli zaś to fikcja literacka – nie musimy przecież drugi raz dowiadywać się tego samego. I bądź tu, czytelniku, mądry!
Juliusz Machulski zadedykował tę książkę: „mamie, która zawsze chciała, żebym pisał powieści”. Mama powinna być dumna. https://www.czytacz.pl
Bałam się „Wiszącej małpy” ze względu na jej gatunek literacki. Nie mogliście mi jednak dać o niej zapomnieć, gdziekolwiek nie wchodziłam tam wyskakiwała mi ona. Kiedyś przeczytałam dwie komedie kryminalne i byłam absolutnie, kategorycznie na nie… Ale ostatnio przełamuje lody i staram się trzymać tej zasady! Z tym tytułem związane było tyle szumu, że w końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć, aby zobaczyć co w trawie piszczy. O BOŻE! Jak dobrze że to zrobiłam! Teraz już spokojnie będę sięgać po inne komedie kryminalne. Wychodzi na to, że to nie ze mną jest coś nie tak tylko z autorem poprzedniej książki z tego gatunku😂🤭. Ale dość o tym, zajmiemy się teraz tą pozycję. Dawno nie śmiałam się tyle razy w głos, wszystko było przedstawione w sposób niezwykle zabawny oraz, co dla mnie najważniejsze, inteligentny. Autor mnie zachwycił. Nie mogłam się oderwac i pierwszy raz od dawna przeczytałam sto stron na raz. Główny bohater jest postacią tak niesamowicie skomplikowaną, a jednocześnie dopracowaną i pełną sprzeczności, że pozostaje mi tylko na dłużej go zapamiętać. Najciekawsze jest to, że czytelnik czytając jest niemal pewny, że zna go po prostu na wylot. Ale nie dajcie się zwieść, on jeszcze namiesza! A ta końcówka… No w życiu się nie domyśliłam co tam tak naprawdę się stało! Te niedopowiedzenia, urwane wątki i zabawne wstawki, nie mogę inaczej jak dać jej 8.5⭐️🤭.
Kryminał inny niż wszystkie które przeczytaliście dotychczas. Jeremi jest kierowcą w departamencie. Ogólnie, mówiąc prostolinijnie, wozi ważne persony, które załatwiają sprawy najwyższej wagi. Pewnego dnia ma być kierowcą majora i pułkownika, którzy chcą wręczyć komuś ważnemu specjalny order z okazji jego urodzin. Gdy docierają na miejsce, Okazuje się jednak, że jubilat nie żyje, a obok wisi też nieżywa małpa. To prawdziwa jazda bez trzymanki! Uważajcie na pułapki!
Kryminalny debiut Juliusza Machulskiego, jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich reżyserów, twórcy takich hitów jak “Vabank” czy “Kiler”. Kto z Was nie oglądał, niech nie podnosi ręki, tylko nadrobi te filmy!
A jeśli jesteście fanami kryminałów, które określiłabym jako neo-retro, to sięgnijcie po “Wiszącą małpę”. To historia dziejąca się w latach 60. XX wieku, gdzie mamy do czynienia z całym “urokiem” PRL-u. Jeremi jest kierowcą w MSW i z dwójką towarzyszy wybiera się na Kaszuby, by odznaczyć zasłużonego obywatela nagrodą Orderu Budowniczych PRL. Pech jednak chce, że n miejscu niedoszły odznaczony odnajduje się… martwy, a Jeremi wraz z pułkownikiem Henke i majorem Poletyło ma wyjaśnić tę sprawę. I to jak najszybciej, na polecenie samego premiera.
Groteska, pastisz, wyśmianie rzeczywistości - to widzę w tej książce jako osoba, która o PRL-u jedynie czytała i słuchała. Wyczuwalne jest tutaj przekoloryzowanie świata przedstawionego, czego myślę największym i najbardziej czytelnym symbolem jest tytułowa wisząca małpa, znaleziona obok nieboszczyka Karola.
Jednocześnie Machulski tak sprawnie operuje słowem, że wszystkie przekazane w historii wątki i elementy są dla mnie niezwykle plastyczne i bez problemu widzę je w swojej wyobraźni. Zgadzam się z umieszczonymi na okładce słowami Roberta Więckiewicza, że to gotowy materiał na film. Taki urok Autora.
Bawiłam się zacnie przy tej komedii kryminalnej, bo nie umiem inaczej zakwalifikować “Wiszącej małpy”.
Muszę przyznać, że gdy zaczynałam czytać "Wiszącą małpę" nie wiedziałam czego się spodziewać, a już sam tytuł był dla mnie intrygujący. 🐒
Poznajemy Jeremiego Felickiego, który pracuje jako kierowca w MSW. Tej niedzieli ma nietypowe zlecenie. Gdy przyjeżdża z delegacją na miejsce, okazuje się, że towarzysz Podkalicki nie żyje.. W tym samym dniu zaczyna się dochodzenie, które prowadzą pułkownik Henke i major Poletyło, a Jeremi im towarzyszy.
Do czego potrzebny im schron, dlaczego małpa wisi, a przede wszystkim, kto zabił Podkalickiego? 🐒
Muszę przyznać, że nie jestem wielką fanką czasów PRL, ale w tą książkę się wciągnęłam.
Dużo się w niej działo, ale mi to nie przeszkadzało. Niektóre momenty były wnet komiczne. Rozwiązanie sprawy było zaskakujące, jak i zakończenie książki.
Szukałem czegoś lekkiego i przyjemnego do poczytania na wakacjach i padło na tę pozycję. Komedia kryminalna retro w wydaniu Juliusza Machulskiego powinna pasować jak ulał. Niestety, książka okazała się niewypałem. Rozwleczona niemiłosiernie, mnóstwo nic nie wnoszących faktów. Przez połowę książki odsłuchiwanie taśm zupełnie o niczym. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. I dopiero w końcówce akcja lekko rusza z kopyta. Nagle otrzymujemy namiastkę powieści szpiegowsko-sensacyjnej, ale w takim raczej słabym wydaniu. Moim zdaniem jako całość bardzo przeciętna i osobiście nie polecam. Miała być lektura na 2-3 dni, a męczyłem ją dwa tygodnie.
Powiem tak… obawiałam się, że będzie gorsze. Szczerze były momenty w których główny bohater po prostu mnie denerwował. Zauroczył się tą Sarą a później jego zachowania było najzwyczajniej głupie. Z drugiej strony nie spodziewałam się takiego zakończenia. Jak ten Hanke czy jak mu tam powiedział co się stało z 2 trupem, mnie po prostu zamurowało. Miałam wrażenie, że nie czytałam ze zrozumieniem tej książki bo nie wiedziałam kiedy to się stało… po prostu:wow… Prawie oceniłam tę książkę na 3/5 ale przeczytałam epilog i doszłam do wniosku że to głupie zachowanie głównego bohatera jest mu wybaczone. Dlatego ode mnie 4⭐️. Polecam.
Pierwsza część świetna, wciągająca, ciekawa. Nieco przegadana, ale po to, by dobrze przedstawić ówczesne realia. Ale im dalej w las, im bliżej rozwiązania, tym wszystkiego mamy za dużo: trupów, podejrzanych, tematów, dziwnych zachowań głównego śledczego i jego kolegów, porzucania w połowie rozmaitych tropów. Na końcu powieść z kryminału przekształca się w klasyczną powieść szpiegowską, w której wszyscy kłamią, a rozwiązania nie wynikają z logiki zdarzeń, tylko z tajemniczych "źródeł informacji", a plot tłisty mnożą się niemożebnie. Mimo wszystko czytałam z dużą przyjemnością, więc 3 gwiazdki na zachętę :)
Jaka to świetna rozrywka! Ubawiłam się po pachy! Były żarty, nawiązania do historii i popkultury, dobre intrygi i znakomite zwroty akcji. Nawet delikatne nawiązanie do postaci ojca autora (przy której tak mi się ciepło na sercu zrobiło). Odejmuję gwiazdkę za obszerność - to było zwyczajnie za długie, nawet w audio.
Juliusz Machulski nie tylko robi fajne filmy, które się znakomicie ogląda, ale też, jak się okazuje, ma talent opowiadacza. Lekka lektura, świetna akcja (przenosimy się do 1961 roku), wyraziści bohaterowie. Dużo się dzieje, ale autor cały czas świetnie panuje nad wszystkimi wątkami. Czytając zdajemy sobie sprawę, że byłby z tego kapitalny film. Może będzie?
Nie jest to „czysty” kryminał, są motywy i postacie wprowadzone już pod koniec historii. Ale czyta się lekko i przyjemnie. Fajnie nakreślone postacie SB-ków (buców z drugą warstwą), trup pada w nieoczywistych momentach, jest łódź podwodna. Autor lubi filmy (hehe), ja też lubię filmy, więc się rozumieliśmy. Specjalne punkty za dodatkowe dobre, filmowe, zakończenie.