Pogoń runęła na Krzyż. Krzyż starł się z Orłem. Nadszedł i minął dzień Świętego Jana Chrzciciela - żadna już siła nie mogła powstrzymać tej burzy. Z tysięcy okutych pancerzem piersi wybuchł pod niebiosa krzyk straszny. Wycie strzał, szczęk mieczy, huk toporów zatrzęsły posadami kosmicznego porządku. Grunwaldzkie pola spłynęły rzekami krwi. Niewielu prosiło o litość - niewielu litość okazało. Oto wypełniły się dni, myśli zmieniły się w czyny i padły wykrzyczane słowa. Runął odwieczny układ sił. Wszechświat zastygł w oczekiwaniu. Koniec, czy nowy początek?
Do krzyżackiej trylogii Domagalskiego przystępowałem ze sporymi nadziejami na interesującą lekturę. Już od dawna byłem przekonany, że fantasy i tematyka krzyżacka mogą stworzyć ciekawe połączenie – chrześcijaństwo kontra wierzenia plemion, które usiłowali nawracać zakonnicy - zapowiadało się ciekawie. Zawiodłem się jednak na całej linii, książki te nie zasługują nawet na miano solidnej, czy przyzwoitej fantasy. Właściwie te dwie gwiazdki, które przyznałem każdemu z tomów są i tak zbyt wysoką oceną. Cóż, mój błąd, już same pretensjonalne tytuły powinny być znakiem ostrzegawczym. Jedynymi plusami były: osadzenie w realiach historycznych i, co za tym idzie, obecność postaci historycznych oraz krótka bibliografia, która zawiera książki warte przeczytania.
Jeśli chodzi o kolejne tomy, nie ma sensu rozpatrywać ich osobno, gdyż wszystkie są do siebie podobne. Właściwie tylko początek pierwszego tomu był trochę interesujący, ale szybko się to zmieniło. Wszystkie postaci, jakie pojawiają się w tej historii są papierowe, żadna z nich nie wydaje się prawdziwa, żadna też nie podlega jakiejś przemianie, rozwojowi w trakcie opowieści. Z tego względu trudno się w ogóle przejąć ich losami zwłaszcza, że są one bardzo przewidywalne i ani przez chwilę nie odnosi się wrażenia, że bohaterowie mogliby nie wyjść cało i zdrowo z każdej opresji.
Denerwującym elementem serii jest czarno biały podział postaci. Jeśli widzisz Krzyżaków, to z pewnością są żądnymi krwi, pieniędzy lub władzy ludźmi wielkimi pychą a małymi duchem. Prócz posiadania tych wątpliwych walorów psychicznych, są też spore szanse, że będą mieli jakiś defekt fizyczny do kompletu. Cechy dotyczą również wszystkich ich sojuszników (głównie władców Czech i Węgier) i, chyba przez rozszerzenie, Niemców. Z kolei wszyscy Polacy i ich sprzymierzeńcy są odważni, prawi i czyniący dobro (wyjątkiem wśród Polaków jest Piotr Świnka, ale jest on szpiegiem zakonników, więc nie zalicza się do „prawdziwych” Polaków). Prawdę mówiąc przypomina to nieco powieści propagandowe z czasów PRL-u, już po wyglądzie bohatera można się domyślać czy stoi po „właściwej” stronie (a wiadomo, że dobra strona może być tylko jedna).
Wątek erotyczny pomiędzy głównym bohaterem a jego wybranką również napisany jest nienajlepiej. Nawet słowo ckliwy byłoby tu zbytnim komplementem. Całość sprowadza się do tego, że albo za sobą tęsknią albo nie mogą się nacieszyć swoją obecnością. Dodatkowo autor chętnie obdziela nas „głębokimi” banałami na temat miłości, życia itp. Irytująca jest też skłonność Domagalskiego do wyprzedzania czasu akcji (zdania w stylu „jeszcze nie wiedział, że za rok na polach Grunwaldu coś tam coś tam).
Sam pomysł zastosowania Drzewa Życia jako motoru stojącego za wojną polsko-krzyżacką początkowo wydawał się interesujący, ale w gruncie rzeczy posłużył tylko jako środek mający dowodzić, że Jagiełło walczył nie tylko o sprawę polską, ale także o ocalenie wszechświata. I wszystkie bogate konteksty jakie można było wrzucić w tę historię poszły się...
Było jeszcze więcej elementów zasługujących na krytykę, ale minęło już trochę czasu odkąd zakończyłem tę lekturę i na szczęście zdążyłem o nich zapomnieć.