Powieść Magdaleny Majcher inspirowana bohaterską postawą wyjątkowej lekarki i prawdziwą historią "śląskiego Czarnobyla".
Opowieść o silnej i niezłomnej lekarce, która odważnie stanęła po stronie najsłabszych, choć mogły ją za to spotkać nieprzewidziane represje. Jedna z najpopularniejszych polskich autorek przedstawia prawdziwą historię Jolanty Wadowskiej-Król, "śląskiego Czarnobyla" i "znikających dzieci".
Lata siedemdziesiąte, Szopienice – dzielnica Katowic. Do lokalnej przychodni pediatrycznej trafia kolejne niemowlę z niedokrwistością. Dzieci tu są mniejsze, gorzej rozwinięte od swoich rówieśników, a rejonowa szkoła specjalna pęka w szwach. Panuje powszechna opinia, że przyczyną są zaniedbania opiekunów i zły status materialny rodzin mieszkających w okolicznych familokach. Doktor Jolanta Wadowska-Król po rozmowie z cenioną profesor pediatrii zaczyna jednak podejrzewać, że prawda leży gdzie indziej. Troska o dzieci nie daje jej spokoju. Postanawia na własną rękę przeprowadzić dodatkowe badania. Ich wyniki są zatrważające. Lekarka nie wie jeszcze, że otworzyła puszkę Pandory, a to, co odkryła, na pewno nie spodoba się władzom PRL.
rozumiem, że autorka chciała mieć pewność ukazania lekarki jako osoby, która uratowała wiele ludzkich istnień. niestety, dzięki temu pojawiły się fragmenty, które wprost mówiły czytelnikowi, że ten czyn był dobry, a ten zły. uczucie utraconej obiektywności tekstu towarzyszyło mi aż do końca lektury. oś fabuły krążąca wokół rodziny kościelniaków, będąca fabularyzowanym połączeniem historii wielu mieszkańców też niestety mi nie podeszła, czułam, że niektóre wątki są tam wręcz niepotrzebne - serio, niektóre sceny w zestawieniu z lekarką walczącą w tajemnicy o dobro ich dzieci brzmiały wręcz niesmacznie. książkę czyta się bardzo szybko, jest krótka, a można dużo z niej wynieść (o działaniu lekarki, oczywiście). myślę, że przypadnie do gustu zwłaszcza mieszkańcom Katowic. mimo kilku uwag, nie zapamiętałam jej jako drastycznie złą. cieszę się, że powstają książki, dzięki którym może nieść się wiadomość o tak dobrych czynach.
Portret zanurzony w krzyku duszonego władzą człowieczeństwa. To wyrażona wstrząsającą opowieścią twarz bohaterki zapomnianej, zakurzonej świadomie nawet duchem własnej skromności – kobiety pochłoniętej strachem oraz bezradnością mieszkańców katowickich familoków, doktórki wyjątkowej, niezwykle odważnej, zdeterminowanej i nieustraszonej, nieprzypadkowo zwanej „Matką Boską Szopienicką”. Magdalena Majcher fabularyzuje nadzwyczaj waleczny fragment życia Jolanty Wadowskiej-Król – kształtuje zatem historię zakorzenioną w autentycznych wydarzeniach, w odczuciu niepowtarzalną i zatrważającą, inscenizacyjnie natomiast osadzoną w nieobliczalnym dymie PRL-owskiego Śląska.
4/10. Audiobook. 🎧 Miałam dość wysokie oczekiwania wobec tej książki, niestety okazały się niespełnione. Historia była płaska, rozwlekła, składająca się z powtórzeń - a jestem pewna, że w rzeczywistości zarówno postacie, jak i to, co się wydarzyło, mają w sobie dużo więcej intrygujących elementów. No i to, co mnie poraziło, to język i styl wypowiedzi bohaterów. Samo to, że pracownicy huty wyrażają się bez różnicy w porównaniu do rodziny lekarskiej, jest rażące. W dodatku mówimy tu o mieszkańcach Szopienic, Ślązakach z krwi i kości. Jak napisał ktoś niżej, przecież ich język w rzeczywistości jest "precyzyjny i zwięzły" - wiem, bo jestem stamtąd. To samo tyczy się poziomu autorefleksji bohaterów - zupełnie niezróżnicowany wśród bohaterów przedstawiających różne zawody i klasy społeczne. Przez to wszystko wszystko po prostu w tych bohaterów i historię nie da się uwierzyć (z czysto literackiego punktu widzenia). No szkoda.
Dnf, postanowiłam nie kończyć książek które mi się nie podobają, forma powieści do napisania reportażu jest męcząca, niezgrabna i beatyfikująca w sposób wręcz dziecinny, nie zostawiająca czytelniczce żadnej możliwości refleksji na temat intencji/zachowań. Zbędne dialogi. Mimo że temat ciekawy, to forma książki zabiła moje zainteresowanie
Helena i Staszek wraz z pięciorgiem pociech mieszkają w Szopienicach w bliskim sąsiedztwie Huty Cynku i Ołowiu. Gdy mały Januszek, syn sąsiadów trafia do szpitala z podejrzeniem ołowicy, na mieszkańców okolicznych familoków pada blady strach. Dotychczas na ołowicę zapadali jedynie pracownicy huty. Młoda lekarka Jolanta Wadowska - Król podejmuje decyzję o przebadaniu wszystkich Szopienickich dzieci. Wyniki badań są zatrważające…
Droga autorko, dziękuję! Dziękuję Tobie i dziękuję pani doktor Jolancie za podzielenie się tą historią!
Lekarza takiego jak pani Wadowska - Król, z powołania, z poczuciem misji, godnego poświęcić karierę a nawet wolność dla pacjentów można szukać ze świecą.
A czym jest ołowica? To choroba osób narażonych na obecność ołowiu w glebie, wodzie i powietrzu. Występuje właśnie u osób pracujących bądź mieszkających w sąsiedztwie huty która go wytwarza. Powoduje niedokrwistość ale również kłopoty w nauce a nawet obniża znacznie poziom IQ.
Już wiecie dlaczego doktórka tak zaciekle walczyła o Szopienickie dzieci?
Jestem pod ogromnym wrażeniem siły i determinacji tej kobiety, doktórki, tej Wonder Woman! Tak bardzo się cieszę że Magdalena Majcher wyłoniła jej historię na światło dzienne!
Helena i jej rodzina nie są prawdziwymi osobami, autorka stworzyła te postacie na podstawie historii osób z listy pani doktor. Takich rodzin niestety były setki. Setki osób narażonych na chorobę która skutecznie niszczyła przyszłość tych najmniejszych.
Chociaż historia z książki nie jest łatwa, daje nadzieję na to że przyszłość może się zmienić nawet jeśli wydaje nam się że już „po ptokach”.
Ciesze się że autorka wplotła w tekst książki odrobinę gwary i kultury hanysów. Przyszedł mi smak na Wodzionkę! Pojawiają się tutaj obrazy realiów Śląska lat 70-80. Mamy dzieci biegające „po ćmoku” i richtig ślonskie mutry co ze szmatą bajtli do dom goniyły. Kocham to!
Problem ołowicy był powszechny w latach 70-90, w mojej miejscowości ołowicę wykrywano jeszcze w latach 1997-1998! Okoliczni mieszkańcy wiedzą że gleba wokół huty jest skażona. Nikt o zdrowych zmysłach nie zjada jagód czy grzybów zebranych w lasach otaczających Hutę Miasteczko. Ale przejezdni kupujący od przydrożnych handlarzy już nie.
Myślę, że każdy szanujący się Ślązak/ Ślązaczka powinien poznać historię pani doktor. Bo to historia „nasza”. Naszej ziemi, naszych om i opów. Naszych familoków i naszych hutników. Bo Śląsk to nie tylko górnictwo i hołdy. To region okupiony ciężką fizyczną pracą kobiet i mężczyzn. Biercie i czytejcie
Taka ocena między 2,5 a 3, podciągam trochę za sam fakt, że Autorka poruszyła ten temat. Mimo, że to powieść to tytułowa "Doktórka" istniała na prawdę i totalnie to jest postać o której powinno się mówić.
Co mam do zarzucenia tej książce to trochę brak emocji. Nie znam prawdziwej historii zbyt dobrze ale na logikę - wydaje mi się, że wszystko to nie było tak łatwe, jak to opisano. Czasem zdarzenia dzieją się z taką łatwością, jak np. wzięcie odpowiedzialności przez hutę... a przecież to były takie czasy, gdzie raczej wszystko "zamiatano pod dywan", bo przecież "jest dobrze". Albo - że nie było problemu z miejscami w szpitalach dla dzieci? Po prostu zabrakło dramatyzmu, który w takich sytuacjach w życiu na pewno się pojawia.
Ogólnie uważam, że i tak warto przeczytać, a o Jolancie Wadowskiej-Król powinno się mówić dużo, dużo więcej.
This entire review has been hidden because of spoilers.
I have heard of the problem of lead poisoning in Silesia before and now I expanded my knowledge. I understand why in the past there were so many special needs schools in this region. One of the symptoms of lead and heavy metal poisoning is low ability to learn and general weakness. As it usually happens, the employees and board of the lead plant knew about the impact on the environment and did nothing until it was proven loud and clear that the plant is to blame. What is more, the residents also knew that the territory is poisoned as all the pets were dying quickly, sometimes even after a few days. Only humans could survive longer in such conditions. Although I live in Silesia I think it's much better now then in the past and I'm glad I have never lived next to a plant of factory.
Magda Majcher w swojej najnowszej książce „Doktórka od familoków” oddała głos niezłomnym kobietom. A zwłaszcza jednej, tytułowej doktórce - lekarce pediatrii, która w jednej z katowickich dzielnic w latach 70. ubiegłego wieku pomagała dzieciom z hutniczego osiedla. Jolanta Wadowska-Król brawurowo przeprowadziła akcję diagnostyczną i leczniczą dzieci, których dotknęła ołowica - degradujące układ nerwowy i nie tylko ciężkie zatrucie ołowiem, pochodzącym z powietrza i gleby wokół huty Szopienice.
To historia ponadczasowa nie tylko o pasji do zawodu medyka, ale i o przyzwoitości i człowieczeństwie.
Miałam wrażenie, że wydarzenia zostały przedstawione po łebkach. Jest to jeden z tych elementów naszej historii, o którym należy mówić głośno, tym bardziej, że "ołowiane dzieci" nadal żyją i każdego dnia zmagają się z konsekwencjami choroby, którą ściągnęła na nich huta. A w tej książce wszystkie fakty autorka wygładziła, ubrała w ładne śląskie słówka i zakończyła, jak gdyby nigdy nic, jakby nie była to tragedia setek rodzin.
Taka to współczesna powieść tendencyjno-pozytywistyczna Mnie bardzo ruszają takie historie, czyny społeczne, wzrusza mnie ludzka dobroć i zaangażowanie w pomoc. Doceniam że dzięki tej lekturze poznałam postać doktor Jolanty Wadowskiej Król, ale co do książki jest ona bardzo płaska, ugładzona, brak w tym jakiejś autentyczności postaci Nie przeszkadzało mi że jest to fabularyzowana opowieść, bo napisana jest sprawnie. Słuchało się przyjemnie, łatwo i szybko tylko no właśnie brak tego czegoś do wielkiej historii a szkoda
Na spacer czy do codziennych obowiązków polecam jednak w wersji audio
Z przykrością muszę napisać, że książka bardzo mnie rozczarowała. Nie jest to jednak chyba wina samej autorki, tylko moich oczekiwań. Czekałam na książkę niemal 12 miesięcy w Bibliotece Kraków, spodziewałam się rzetelnej reporterskiej roboty. Czegoś podobnego do "Przemilczanej epidemii", tylko ze szczególnym uwzględnieniem spojrzenia i pracy Pani dr Jolanty Wadowskiej - Król, odniesienia do czasów PRL, a przeczytałam pseudo powieść i to niewysokich lotów. Szkoda, że autorka nie przedstawiła konkretnych historii, przecież nie musiała ujawniać danych skoro rozmówcy sobie tego nie życzyli, a w miejsce tego stworzyła fikcyjne rodziny, które miały obrazować sytuację w ówczesnych Szopienicach. Pani Jolanta zmarła niedawno, znalazła uznanie w świecie nauki, mam nadzieję, że kiedyś przeczytam reportaż o jej pracy wbrew systemowi PRL.
„Nosiła w sobie żal do huty za to, że truje dzieci. Teraz w każdym małym pacjencie, który przyszedł do jej gabinetu, widziała konsekwencje mieszkania w sąsiedztwie zakładu: sczerniałe zęby, bociany chód, bladą twarz, męczliwość, problemy z nauką, ociężałość umysłową, wady serca i tak dalej. Odpowiedź na dręczące ją pytania była tak blisko!”
Uwielbiam inspirowane prawdziwymi historiami powieści Magdaleny Majcher i właśnie przeczytałam najnowszą z nich, tym razem poświęconą doktor Jolancie Wadowskiej-Król, pediatrze, która w latach siedemdziesiątych z poświęceniem i narażeniem kariery zajęła się badaniem pod kątem ołowicy dzieci z katowickich Szopienic. Wyniki tych badań okazały się zatrważające, wykazując, że setki dzieci mieszkające w familokach w sąsiedztwie Huty Metali Nieżelaznych zatrute są ołowiem. Poziom tego metalu w organizmach przebadanych dzieci wielokrotnie przekraczał wszelkie normy, wyjaśniając poważne problemy zdrowotne, które lekarka obserwowała u swoich podopiecznych. Wydawałoby się, że to odkrycie było wielkim zawodowym sukcesem i pierwszym krokiem do opanowania problemu, ale w komunistycznej Polsce nie było to takie proste, nie można było wprost oskarżyć państwowej huty o trucie dzieci, nie można było o tym publicznie mówić i oficjalnie pisać. Tym większe uznanie należy się doktor Wadowskiej-Król, która nie zważając na nic przeprowadziła te badania na tak szeroką skalę, zapewniając dzieciom odpowiednią opiekę i leczenie, a ostatecznie doprowadzając także do przesiedlenia w bezpieczniejsze miejsca kilkuset rodzin. Wspaniale było poznać tę historię i przeczytać poświęconą jej powieść. Na pewno na długo zapadnie mi w pamięć.
Naprawdę chciałam dać 4 gwiazdki. Ale nie mogę. Książka opowiada o bardzo ważnym temacie i o niesamowicie dobrej kobiecie. Jednak trzeba pamiętać, że to powieść, a nie reportaż. Nie będzie tu dokładnych wyników pacjentów czy ich przeżyć. Tu mamy historię o pani Jolancie Wadowskiej - Król (i ta część jest na faktach) oraz fabularyzowaną historię rodziny Kościelniaków - to pewnie zlepek opowieści, które usłyszała autorka od prawdziwych osób oraz jej własna wyobraźnia. I obie te historie BARDZO mi się podobały. Więc dlaczego nie 4 gwiazdki? Ponieważ było kilka rzeczy, które na tyle mi się nie podobały, że muszę tę ocenę obniżyć. Z ubolewaniem, niestety.
1. Główna bohaterka ma bardzo szkodliwe przekonania. Rozumiem, że wtedy pewnie sporo osób myślało podobnie do niej, jednak w książce brakuje mi sprostowania, że konkretne zachowania nie są dobre. Chodzi mi o to, że Helena racjonalizuje sobie pijaństwo męża tym, że "każdy mężczyzna musi czasem się napić, Staszek (jej mąż), po prostu jak już się napije to nie panuje nad sobą". Rozsądny człowiek wie, jakie ma granice. Jeśli ktoś nie umie przestać i ciągle przekracza granice swojego organizmu i się upija, to NIE POWINIEN PIĆ. Koniec kropka. Nie istnieje coś takiego, że "każdy mężczyzna musi się napić". NIE. Alkohol to nie jest potrzeba życiowa, to nie jest coś bez czego się umrze, a wręcz przeciwnie. To jest pierwsze ogromnie szkodliwy pogląd jaki cały czas powtarza Helena. Drugi jest taki, że jako kobieta i żona musi "spełniać swoje obowiązki małżeńskie" i "zaspokajać potrzeby męża". GÓWNO PRAWDA. Nie, nie i jeszcze raz nie. Nikt nie ma prawa cię do niczego zmuszać. To, że jesteś w małżeństwie nie znaczy że masz uprawiać seks z mężem, tylko kiedy on ma ochotę. Później Helena niby ma postanowienie, że już nie będzie mężowi na to pozwalać, ale nie mamy żadnej sytuacji która by obrazowała jej sprzeciw, więc tak nie do końca jestem pewna tej zmiany zdania. Takie gadanie jest po prostu złe i zostawienie tego bez wyjaśnienia. SPOJLERY
2. Staszek, mąż Heleny, stosuje przemoc psychiczną i fizyczną wobec ich dzieci oraz, o czym jego żona wie, zdradzał ją kilka razy. Po czym, kiedy ona pewnego razu kiedy przychodzi pijany do domu, daje mu policzek i krzyczy na niego, magicznie jego zachowanie się zmienia. Jest mówione, że on tak się zachowuje przez ich całe małżeństwo, czyli 11 lat. Człowiek, który przez 11 lat stosuje przemoc wobec swojej rodziny NIE ZMIENI SIĘ po jednym krzyku. Nie wiem kto by uwierzył w taką bajeczkę. Nawet nie chcę mi się tego tłumaczyć, bo wydaje mi się, że tu nie ma nic do tłumaczenia.
3. Brak zakończonych wątków. Po wizycie Heleny u jej dawnej sąsiadki nie mamy dalszego ciągu. Czyli mam rozumieć, że już nie utrzymują kontaktu? Kolejna rzecz to dolegliwości Heleny. PO CO, pytam się, mamy opisywane KILKA RAZY bóle w części lędźwiowej kręgosłupa (jest to podkreślane, że akurat w tym miejscu ma bóle), jeśli do niczego to nie prowadzi? Myślałam, że może pójdzie się zbadać, może będzie to miało jakieś znaczenie, ale NIE, nie ma. Nie rozumiem, po co zaczynać jakieś wątki, po co mieliśmy rozterki bohaterki, że "pewnie to jej ostatnia rozmowa z sąsiadką", jeśli później się nie dowiadujemy, czy rzeczywiście już nie mają kontaktu? Ehhh naprawdę mi przykro, bo wystarczy że autorka nie dałaby kilku wątków lub zmieniła je w odpowiedni sposób i byłaby to naprawdę dobra książka. Do części z panią Jolantą nie mam żadnego problemu, jest super. Tylko ta druga, fabularyzowana część...
Lata siedemdziesiąte, Szopienice – dzielnica Katowic, mieszkańcy w przeważającej większości pracują w hucie metali nieżelaznych. W przychodni pediatrycznej pracuje Jolanta Wadowska-Król, która oddaje serce, by leczyć swoich małych pacjentów. Kiedy pod jej opiekę trafia kolejne dziecko ze sporą niedokrwistością i wadami rozwojowymi to Jolanta poszukuje przyczyny tej całej sytuacji. Po rozmowie z cenioną profesor zauważa, że u wszystkich dzieci prawdopodobnie występuje zabójczo wysokie stężenie ołowiu, tak jakby codzienne pracowały w fabryce. Lekarka musi pracować w tajemnicy, bo obecnie panującej władzy nie spodobają się jej działania.
Słuchałam audiobooka ze sporym zainteresowaniem, ponieważ część mojej rodziny zamieszkiwała tamten teren i nie wiedziałam, że taka sytuacja miała miejsce w Szopienicach. Autorka przybliża nam postać lekarki, która nie jest lekarką od godziny do godziny i za to bierze wypłatę tylko o kobiecie, która została lekarzem z powołania. Wzięła sobie za cel pomóc tym biednym dzieciom, które od samego początku swojego istnienia były cały czas trute tym co wytwarzano w fabryce. Zaryzykowała popadnięcie w głęboką niełaskę ówczesnej władzy, która zazwyczaj wszystko wygładzała i udawała, że nie ma żadnego problemu. Jednak ta historia nie skupia się wyłącznie na postaci lekarki, ale wiele rozdziałów napisanych jest z perspektywy jednej z rodzin. Dzieci zostały dotknięte ołowicą i ona doprowadziła do ich upośledzenia umysłowego. Obserwujemy dramat tej rodziny i walkę o lepszą przyszłość.
Póki co, nieważne za co się zabiorę od Magdaleny Majcher - jestem zadowolona. Także zostawiam kolejne cztery gwiazdki i idę po kolejną pozycję.
"Doktórka od familioków" to gotowa historia na film: Śląsk, lata 70. XX wieku, dzieci zatruwane przez hutę, która jednocześnie daje pracę i zapewnia byt całym rodzinom oraz dzielne kobiety, które walczą o swoich pacjentów mimo niesprzyjających okoliczności politycznych (podobno powstaje już na jej podstawie serial Netflixa). Opowieść jest tym bardziej fascynująca, że oparta na faktach. Ta fabularyzowana wersja jest laurką wystawioną doktor Jolancie Wadowskiej-Król, która jawi się jako superbohaterka, skromna, uczciwa i dobra (nie kwestionuję!). Nadaje to jednak powieści właśnie hollywoodzki/Netflixowy rys. Bardzo chciałabym przeczytać na ten temat porządny reportaż, albo komiks. (audiobook)
Temat niesamowicie ciekawy, książka poszła mi szybko, rozepchała moje ramy ciekawości i dała nowe pytania i wątpliwości, które chciałabym pogłębić. Widzę, że warstwa fabularna miała swój cel, ale teraz chętnie przeczytałabym o tej sprawie w formie biograficznej, z dodatkowymi ramami czasowymi i typowym kto, gdzie i kiedy. Momentami miałam poczucie, że niektóre określenia pojawiały się zbyt często (jak 'spływająca samotna łza') ale może być to efekt odsłuchania całej książki, w formie audiobooka, dosłownie na dwóch posiedzeniach i tego, że język czytany różni się od języka mówionego, więc mój odbiór mógł być lekko zaburzony.
Książka była wciągająca, porusza ważny temat, nieznany przedtem dla mnie„ołowianych dzieci” z Szopienic. Na minus powtarzające się wątki i proste dialogi.
Chciałbym tylko wiedzieć dlaczego dr Jolanta Wadowska-Król jest nadal tak mało znaną osobą, pomimo wielkiego wkładu w dobrobyt i zdrowie dzieci (i to w okresie nieprzychylnego PRL-u).
„Doktórka od familoków” przedstawia obraz wydarzeń, które odcisnęły piętno na historycznej części Katowic - Szopienicach. Jest to jedna z najsmutniejszych historii w dziejach miastach, która miała miejsce w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Magdalena Majcher stworzyła niesamowitą historię opartą na faktach autentycznych, w której z niezwykłą dokładnością i zaangażowaniem pisze o sytuacji rodzin, które mieszkały w bliskim otoczeniu huty i walecznej ale zarazem skromnej lekarce, która starała się im pomóc. Akcja powieści jest raczej powolna i nie ma zaskakujących zwrotów akcji. Jednak wciąga ona do tego stopnia, że przeczytałam ją w dwa wieczory, bo po prostu nie byłam w stanie oderwać się od lektury. Autorka pobudziła moją ciekawość i spowodowała, że podczas czytania książki wiele faktów odrazy sprawdzałam w Internecie, aby jeszcze więcej o nich doczytać. Trzeba przyznać, że Magdalena Majcher świetnie oddała klimat PRL-u i trudy życia w przemysłowej dzielnicy, gdzie rodziny niejednokrotnie były zmuszane do wyboru pomiędzy bytem, a zdrowiem. W Szopienicach bieda odbierała nadzieję na lepsze życie i nadzieję, że ludzi może czekać jeszcze coś dobrego tym bardziej, gdy dzieci chorowały i umierały. Wszystko to przedstawiła na przykładzie osób autentycznych i wykreowanych postaci, które powstały na podwalinach wspomnień. Rodzina Kościelniaków odrazu skradła moje serce. Helena to bardzo intrygująca postać, która ma ogromne i dobre serce, ale kiedy trzeba potrafi być stanowcza oraz twarda. To taka typowo „kobita ze Śląska”, a kto mieszka na Śląsku wie o czym mówię. Cieszę się, że wreszcie ktoś poruszył ten temat. Wcześniej cała historia tylko obiła mi się o uszy, ponieważ przypadkiem trafiłam na nią przy pisaniu pracy na zaliczenie na studiach. Jednak uważam, że jest to temat o którym trzeba mówić głośno nawet po tylu latach. Trzeba głośno mówić o osobach takich jak pani doktor Jolanta Wadowska-Król, bo jest ona bohaterką wielu rodzin i dzieci, które uratowała. Dzieci, które już są dorosłe, ale dalej zmagają się ze skutkami nadmiernej ilości ołowiu w organizmie. Jednak żyją, a to wszystko dzięki uporowi i nieugiętości pani doktor.
Odnoszę wrażenie, że „Doktórka od familoków” to najlepsza książka autorki jaką czytałam. Oczywiście przy każdym tytule research jest dokładny, ale w tym wypadku czuć znacznie większą autentyczność i widać cały ogrom pracy jaki został włożony w jej powstanie. Czy polecam? Oczywiście, że tak! Koniecznie sięgnijcie po „Doktórkę od familoków” i poznajcie historię „śląskiego Czarnobyla”.
„Ołowica to przewlekłe zatrucie organizmu ołowiem, które prowadzi do uszkodzenia układu krwiotwórczego, ośrodkowego układu nerwowego oraz narządów miąższowych. Do organizmu ołów przedostaje się głównie drogą oddechową, a mniejsze ilości przez przewód pokarmowy. Objawy ołowicy obejmują bladoszare zabarwienie skóry, niebieskawoczarną obwódkę na dziąsłach (tzw. rąbek ołowiczy), osłabienie, niedokrwistość, bezsenność, utratę apetytu, kolkę ołowiczą, bóle głowy, zawroty, drżenie mięśniowe, zaburzenia widzenia, objawy uszkodzenia nerek, wątroby, bóle stawów oraz polineuropatię. Leczenie polega na eliminacji źródła ekspozycji na ołów oraz zastosowaniu terapii odtruwającej.” To definicja zaczerpnięta z Encyklopedii PWN, która została umieszczona na samym początku recenzji by każdy wiedział jak poważnym i niebezpiecznym jest zarażenie ołowiem. Nie bez powodu ktoś określił epidemie ołowicy w Katowicach Szopienicach jako Polski Czarnobyl. Epidemia „zapomniana”, prawie nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że w latach 70 ubiegłego wieku w Katowicach, a także innych pobliskich Śląskich miast. Jolanta Wadowska-Król nazywana przez swoich pacjentów „doktórką” to prawdziwy anioł, uratowała tysiące dzieci, a przez lata jej imię i dokonania pozostawały szafie. Dlaczego? Bo jej działania nie były zgodne z prawem państwa komunistycznego. Jednak nawet po upadku władz komunistycznych doktor Jolanta musiała poczekać kolejne lata, aby świat usłyszał o jej ogromnych dokonaniach. Jednak dla niej to nie miało znaczenia, liczyły się dla niej tylko „jej dzieci”. Do końca swojego życia strzegła ich danych, aby mogli żyć w spokoju na który zasłużyli. Powstało już kilka publikacjach o ołowicy i wielkich dokonaniach doktor Wadowskiej-Król, ale „Doktórka od familoków” to obraz śląska który sama znam. Urodziłam się, wychowywałam i nadal mieszkam w tym województwie i obraz tego miejsca to nie tylko węgiel i rolada, do czego często jesteśmy porównywani. Epidemia ołowicy stanowiła często temat tabu, albo nawet nie przekazywany dla mieszkańców innych miast. Dlatego dla wielu z nas ważnym jest, aby wspominano o zatruciach ołowiem i wielkości działań doktor Jolanty, którą miałam okazje poznać. Była ciepła, inteligentna i oddana swojej pracy, a także pacjentom. Na każdą pochwałę pod swoim imieniem odpowiadała - „robiłam co było słuszne i dobre dla moich dzieci”. Magdalena Majcher stworzyła jej obraz w bardzo realnej formie, takiej którą zapamiętałam, a także mogłam zaobserwować z wywiadów, czy z rozmów z osobami znającymi dobrze Panią doktor. Książka prowadzona jest z dwóch perspektyw - doktórki oddanej swoimi szopienickim pacjentom i śląskiej matki - Heleny, i to na niej na chwile się skupie. Helena została stworzona na podstawie wywiadów z kilkoma szopienickimi matkami, których dzieci nagle zaczęły „znikać”. Mogłabym spokojnie uwierzyć w jej istnienie, dlatego że taki obraz macierzyństwa widziałam w swojej rodzinie u kobiet w podobnym wieku do Heleny. Surowy z dozą ciepła, które nie było widoczne od razu, związane zresztą z poniemieckim nastrojem, który pomimo upływu lat nadal pozostał z mieszkańcami Śląska. Pokochałam postać Heleny, która stała się mi szczególnie bliska, a także wzruszyła swoją niepewnością, oddaniem i wątpliwościami, była po prostu ludzka. Historia ukazana w książce to początki, pierwsze diagnozy ołowicy - która nie mogła zostać wprost określona, próby spisania pracy doktorskiej przez doktor Jolantę, pierwsze wyjazdy dzieci, a także niepokój rodziców, którzy nie wiedzą co się dzieje. To niezwykle przedstawiona historia o wielkiej kobiecie, która w obłoczki ciężkich czasów oddała swoje życie walce o dobro małych pacjentów i ich rodzin. Wydaje mi się, że najlepszym podsumowaniem całej recenzji będzie zwrot, którym określano wtedy hutę od której wszystko się zaczęło - „Huta żywicielka, huta trucicielka”.
Na samym początku chciałabym podziękować Magdalenie Majcher za „Doktórkę od familoków”. Nie wiem, jak to się stało, ale o tej części historii, którą opisuje autorka nie miałam pojęcia. Teraz uważam, że o katowickich „ołowikach” i ich superbohaterce Doktor Jolancie Wadowskiej-Król powinien wiedzieć każdy.
Mamy lata 70. XX wieku i Szopienice dzielnicę Katowic, która powstała dookoła działającej tam huty. W wybudowanych familokach zamieszkiwali pracownicy zakładu i ich rodziny, nie zdając sobie sprawy, że żyją na „eko-bombie”, która systematycznie ich truje. Do lokalnej przechodni pediatrycznej trafiają kolejne dzieci z anemią, a w szkołach specjalnych zaczyna brakować miejsca. Doktor Jolanta Wadowska-Król zaniepokojona stanem swoich pacjentów postanowiła zbadać sprawę dokładniej i odkryć powód, dla którego dzieci chorują. Po wielu przeprowadzonych badaniach krwi i konsultacji z cenioną profesor pediatrii Hager-Małecką wszystko staje się jasne – Ołowica. Stężenie ołowiu u badających dzieci przekraczało normę kilkukrotnie, a każdy dzień przebywania tych dzieci na skażonym terenie przybliżała je do śmierci. Trzeba działać! I choć Doktor Wadowska-Król ma związane ręce postanawia zrobić wszystko, by ratować swoich pacjentów. Nie zważa na to, jakie konsekwencje może sama ponieść.
Anioł nie kobieta. To pierwsze słowa, jakie nasuwają się na myśl po tej lekturze. Pani Jolanta była lekarzem z powołania stawiającym dobro pacjenta ponad swoje. Niewielu jest takich zaangażowanych lekarzy co tym bardziej zasługuje na uznanie, szacunek i przede wszystkim pamięć. O doktor Jolancie nie można zapomnieć i myślę, że wielu lekarzy mogłoby brać z tej kobiety przykład.
„Doktorka od familoków „to niesamowicie poruszająca historia rodzin, dla których huta była „żywicielką, ale również trucicielką”. Skażenie ołowiem dokonało w organizmach dzieci spustoszenie, nieodwracalne skutki, z którymi musiały żyć. Nie wyobrażam sobie, przez co musiały przejść i co czuły matki tych dzieci. I choć historia ta smuci, to cieszę się, że mogłam ją poznać. Czytajcie kochani.