Całość w różowo-szarej przesłonie, niczym jakiś artystyczny film. Z jednej strony typowy Choromański ze swoją atmosferą niedopowiedzenia żerującą na małomiasteczkowej pożywce sprzyjającej plotkom. Tym razem unosi się tu duch szatańsko-młodopolsko-secesyjny, a więc Przybyszewski i Wyspiański. Jest i kilka odniesień do Gogola i Oscara Wilde'a. Książka ma jednak ciężki start i happyend'owe zakończenie, co sprawia, że jest to w mojej ocenie pozycja słabsza aniżeli "Kotły...", "Schodami w górę..." czy "Zazdrość...", gdzie melodramat został podany "w stylistyce mrocznego, podlanego surrealizmem thrillera (ewentualnie dreszczowca noir)".