Po pierwszym, nieszczególnie udanym spotkaniu, postanowiłam dać Samozwaniec drugą szansę, uznając, że jak mi się nie spodoba, to nie będę się męczyć do końca. Tymczasem "Maria i Magdalena" oczarowała mnie i urzekła. Może nie tyleż cukierkowością (poważnych momentów jest tu bardzo mało) i tęsknotą za spokojem i bezpieczeństwem czasów sprzed IIWŚ. Ani nawet nie obrazkami z życia polskiego ziemiaństwa i kręgów artystycznych oraz europejskich wyższych sfer, z którymi z racji urodzenia i licznych podróży stykały się od dzieciństwa obie siostry.
Najbardziej zauroczyła mnie bowiem miłość Madzi do mamidła, tatki i Lilki, jej rozkochanie we własnej rodzinie i to, jak pisze o nich z przepełnionym uczuciami humorem. Jak dostrzega ich wady i dziwactwa, jak opisuje konflikty, kłótnie i złośliwości, nie przestając przy tym przedstawiać ich jako istoty najidealniejsze i najlepsze na świecie. Chwyciło mnie to za serce i chyba dlatego końcówka przyprawiła mnie o łzy, których nadal nie mogę powstrzymać.
Lubię wytykać książkom to, co mi się w nich nie podobało, i teraz też mam kilka takich rzeczy na końcu języka, ale wolę to sobie podarować. "Maria i Magdalena" to perełka, a ja muszę wciągnąć "Zalotnicę Niebieską" na listę to-read absolutnie zaraz, natychmiast.