Tego roku noc nastała w Dolinach Gruaron wcześniej niż zwykle – a wraz z nią pojawiły się grychty. Na wieść o ich nadejściu mieszkańcy prowincji chronią się w zimowych kryjówkach lub rzucają do panicznej ucieczki, chcąc zejść z drogi krwiożerczym stworzeniom, które będą polować na nich aż do wiosny. Wioski wyludniają się, szlaki pustoszeją. W Dolinach nastaje czas grozy, czas krwi i szaleństwa. Newia Tremor nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Znużona podróżą nie wie również, że została zwabiona do przeklętej prowincji podstępem. Nie ma wreszcie pojęcia, że ledwo w Dolinach pojawiły się bestie, jej dawny kochanek, Gret Orin, wyruszył jej na spotkanie. Grychty są jednak szybsze. Bez ostrzeżenia spadają na samotny dyliżans i mordują towarzyszy Newii. I wtedy los stawia na drodze dziewczyny Horda – członka potężnego bractwa wojowników, którzy jako jedyni ośmielają się walczyć z potworami. Ich usługi mają jednak wysoką cenę. Także Newii przyjdzie wkrótce ją zapłacić, zwłaszcza że podczas wędrówki przez zimowy, pełen potworów las niechcący poznaje mroczne sekrety Gildii Hordów.
"Kupimy cykl Demoniczny? Mamy cykl Demoniczny w domu" i po części tym jest ta książka. Mamy potwory ala demony, które nawiedzają krainę, z którymi walczy gildia. Dodatkowo roznosi ona wiadomości itd. Bardzo znajome? Pomysł na fabułę nie jest tragiczny, ale już wykonanie leży. Bohaterowie bez charakteru. Nic nie jestem wstanie o nich powiedzieć, są bardziej płascy niż kartka papieru. Dodatkowo oni wszyscy tam bardzo dużo myślą (cały czas są nam przedstawiane ich myśli), a mało rozmawiają. Przez co wszystko nam jest opowiadane, a nie pokazywane. Też motyw podróży jednej postaci i to, kto to zorganizował i jak, jest po prostu śmieszne. Tell don't show to drugie zdanie jakim można opisać tę książkę. Totalnie przegadana i niewciągająca ani fabułą, ani bohaterami.