Uwierzcie, notka na okładce sugerująca, że będziemy mieć do czynienia z klimatem jak z Hrabala - nie jest żadnym nadużyciem! "Grandhotel" to wzruszająca, słodko-gorzka opowieść o nietuzinkowym człowieku w nietuzinkowym miejscu.
"Jestem Fleischmanem do wszystkiego" - mówi o sobie trzydziestoletni bohater, który pozbawił się imienia, bo życie pozbawiło go wszystkiego innego. Fleischman bardzo kojarzył mi się z Forrestem Gumpem, z tym jego trochę naiwnym, dziecięcym spojrzeniem na świat, ze światem, który ma go za głupca.
W wyniku splotu smutnych okoliczności bohater pracuje w Grandhotelu, miejscu między ziemią a niebem, ukrytym w chmurach, na punkcie których Fleischman ma obsesję. Zresztą nie tylko na punkcie chmur - obserwuje pogodę i ją zapisuje, bo to jedyny pewnik w jego życiu. Poza tym sprząta, pilnuje, podgląda, zbiera kuksańce dosłowne i metaforyczne. Widzi żywych i zmarłych, zaprzyjaźnia się z Franzem, który przekazuje mu mądrość życiową: "Człowiek musi skończyć tam, gdzie się urodził".
Sporo tu dziwactwa i absurdu. Rozsypywanie prochów kolegów, listy do pogodynki, relacje damsko-męskie, niemożność opuszczenia miasta, codzienne robienie zdjęć... Tu jest trochę onirycznie, surrealistycznie, narracja się urywa, tajemnice odsłaniane są nagle i często chwytają wzruszeniem za gardło. Autor zręcznie wplata w opowieść trudną czesko-niemiecką historię, pokazuje bohaterów, którzy mają marzenia, ale z ich realizacją bywa różnie.
Zakończenie powieści mnie wzruszyło i utwierdziło w przekonaniu, że literatura czeska naprawdę jest "moja".