Prywatny detektyw Piotr Rajski jest nieco znudzony swoją pracą. Zamiast jak w amerykańskich filmach śledzić prawdziwych kryminalistów, zajmuje się tropieniem niewiernych małżonków. Kolejne zlecenie, które otrzymuje od znanego białostockiego biznesmena, zdaje się nie przynosić nic nowego. Co prawda będzie wymagało od Rajskiego przejrzenia zakurzonych archiwów i odświeżenia kilku znajomości, ale czy szukanie dawnego właściciela działki, na której postawiono galerię handlową, może wzbudzić w nieco zobojętniałym detektywie upragnione emocje?
Wszystko zmienia się, gdy pewnego dnia jego biuro odwiedza tajemnicza i bardzo atrakcyjna klientka, która pragnie poznać przeszłość narzeczonego. Ale chyba nie tylko…
Te dwie sprawy długo nie pozwolą Rajskiemu spać spokojnie…
Niestety, jest to bardzo słaba książka. Zdecydowałem się na nią przede wszystkim dlatego, że jej akcja dzieje się w Białymstoku. Co z tego, skoro to miasto pełni rolę taniej dekoracji w niskobudżetowym westernie?
Dwa toczące się równolegle wątki łączy postać detektywa, który zupełnie wbrew swojej woli zostaje wplątany w jakieś grubsze intrygi, ale wszystko jest tak zagmatwane, że człowiek się szybko w tym wszystkim gubi.
I to jest w tym wszystkim najgorsze, że ten detektyw przez cały czas boi. Co chwilę kołacze mu serce, ma obsesję, że ktoś go śledzi, boi się odebrać telefon, boi się zadzwonić, czasami nawet boi się wyjść z domu. Choć dorosły, boi się też panicznie relacji z kobietami, jak jakiś licealista z klasy humanistycznej. Jest to najbardziej bojaźliwy detektyw, jakiego poznałem.
No i zakończenie, którego nie zdradzę, bo wiem, że poza mną jest na świecie wielu masochistów. Zakończenie w zasadzie wygląda tak, jakby autorowi się już znudziło pisanie i pomyślał sobie: "a chuj, 20.30, kończę to i idę oglądać Na Wspólnej".