Magia mogłaby być błogosławieństwem, ale nie tu, nie w świecie rządzonym przez bogów. Tu posiadanie talentu było przekleństwem. Feniks wiedział o tym od zawsze, jeszcze zanim objawił się jego własny dar. On i tak miał szczęście. Wielu nie dożywało jego wieku, a spośród tych nielicznych większość zawdzięczała to stałemu ukrywaniu się. Jemu trafił się inny los. Nawet bogowie potrzebowali sług, gdy przychodziło do rzeczy, którymi sami nie chcieli się zająć. A tępieniem demonów zająć się najwyraźniej nie chcieli. Feniks był szczęśliwy, mogąc iść tą drogą. Chciał być najlepszym z najemników. A jednak jedno spotkanie wystarczyło, by zboczył na nowy szlak… I, cholera, nawet u jego końca nie żałował swojego wyboru.
2,5 ⭐ Ciężko mi ocenić tą książkę wyżej, choć z pewnych względów bym chciała.
Podobał mi się sam system szkolenia najemników do zabijania demonów, magia i miasto podzielone na sektory rządzone przez kapryśnych bogów, ale jednocześnie te wspomniane demony w pewnym momencie zaczęły się robić powtarzalne i nie sprawiały głównym bohaterom jakiegoś większego problemu.
A propos Feniksa i Łowczyni: na początku ich relacja mi się nawet podobała, ale im dalej w las tym bardziej przewracałam oczami na niektóre sytuacje między nimi. W pewnym momencie po prostu stali się jak jakieś papużki nierozłączki, które nie przetrwają bez siebie jednego popołudnia, co zaczynało mi już działać na nerwy.
Całość zalatywała trochę Wiedźminem w takiej "akademickiej" wersji - tu akurat gildia Mrocznych Najemników. Oprócz wsi Konary, która się pojawia i w wiedźminie i tu, nazwa miasta Xintar jakoś od razu przywodzi mi na myśl Cintrę.
I nie wiem czy to jest jakaś pospolita rzecz, ale czemu 3/4 spotykanych kowali w fantastyce to akurat krasnoludy...
Mimo wszystko, muszę przyznać że choć jeden plot twist był raczej do przewidzenia, nie domyśliłam się go, ale to akurat może być kwestia długich rozdziałów i późnego czytania przez które mózg mi już średnio funkcjonował. Za to drugi mnie wziął z zaskoczenia i zakończył się w sposób, w który nie myślałam że pierwszy tom serii mógłby pójść (choć nie zamierzam czytać kolejnego).
Jest to lekka historia fantasy, w której świat autor wprowadza stopniowo, bez zarzucania czytelnika masą nazw czy reguł, jakimi jego wykreowana kraina się rządzi. Akcja płynie wartko, nic się nie dłuży, czasem nawet chciałabym więcej opisów. Spodobało mi się, że światem tym rządzą bogowie, różni, nierzadko kapryśni. Nie raz uśmiałam się na tym tomie, miło spędzałam czas na czytaniu i totalnie nie spodziewałam się tego, co Marek zgotował bohaterom na sam koniec...
Relacja dwójki głównych bohaterów szybko się rozwinęła, była urocza i nie raz uśmiechałam się z powodu ich interakcji. Ale też działa się nieco zbyt szybko i ja dorzuciłabym im więcej przeciwności. Stali się takimi papużkami nierozłączkami, po czasie można było odczuć zmęczenie nimi. Więc finał był przykry, ale potrzebny!
Nieco więcej opisów walk, brutalności, głębszych relacji i rozterek, komplikacji, mniej prostego języka i więcej dialogów w poważniejszym tonie - tego mi brakowało.
W sumie myślałam, że ta historia ciągle będzie lekka, całkiem przewidywalna. Jednak zaskoczyło mnie parę scen i świat, w jakim żyją bohaterowie, wydaje się być bardziej skomplikowany. Ciekawe, jak to wypadnie w kolejnych tomach.
Historia wydaje mi się skierowana do nieco młodszych czytelników, takim więc ją polecam, ja oczekuję nieco więcej, choć to nie neguje dobrej zabawy, jaką dostarczyła mi ta pozycja!
Recenzja pochodzi z mojego instagrama @ofeti_fetio - tam możecie zobaczyć zdjęcia oraz cytaty z książki :)
Naprawdę lubię fantastykę i miałam spore oczekiwania wobec tej książki. Kreacja świata jest bardzo dobra — podobały mi się opisy poszczególnych miejsc, sposób ich funkcjonowania, hołdy religijne, w tym wielbienie bogów. Ukazanie akademii i szkolenia (lekkie déjà vu z Wiedźmina) również wypadło dobrze — w tej kwestii nie mam nic do zarzucenia.
Jednak bohaterowie pozostawiają wiele do życzenia. Wątek romantyczny był prosty i przewidywalny — uważam, że niepotrzebny. Dużo lepiej by się czytało, gdyby bohaterowie pozostali po prostu przyjaciółmi.
Feniks był irytujący — nie znosiłam tkwić w jego głupocie. Kiedy ktoś mówił mu, żeby czegoś nie robił, on od razu był pierwszy w kolejce, by to zrobić. Łowczyni to najbardziej stereotypowe przedstawienie kobiety: zraniona, samotna i wciąż powtarzająca, że jest obrzydliwa. I tak wszyscy wiedzieliśmy, że Feniks za każdym razem odpowie, że jest piękna — niezależnie od tego, czy chodziło o rogi, czy o rękę.
Wielki plus za zakończenie. Przemiana Łowczyni na sam koniec również wypadła dobrze — po tej męczarni 300 stron zranionej dziewczynki, wreszcie została jej podarowana pewność siebie. Zaskoczył mnie finał książki.
Jeszcze nie wiem, czy będę kontynuować serię, ale ta część zasługuje na 3 gwiazdki.
This entire review has been hidden because of spoilers.