W Tatrach pogańskie i katolickie rytuały splatają się w harmonijną całość – nieważne czy w Wigilię, czy Sobótkę, czy Wielkanoc. Wieki zmagań z górską naturą nauczyły mieszkańców Cierpkówki i Wichrzyków nie gardzić pomocą żadnych potężnych bytów i godzić wszelkie sprzeczności. W żyłach niektórych z nich płynie krew wołchwów i pozwala im swobodnie bratać się z bożętami, domownikami, leszymi i brzeginami.
Gdy w Tatry przyjeżdża trawiony żądzą władzy uczony czarownik z Warszawy, w życie górali wkrada się nieufność, zdrada i nienawiść. W górach są jednak siły potężniejsze niż jakikolwiek człowiek czy czarownik. W jaskini Mylnej na uwolnienie czeka stwór żywiący się od wieków pragnieniem zemsty, a w trzewiach Wołoszyna trwa ślad boga śmierci Wołosa.
Ludzie, lasy i turnie z drżeniem wyczekują rozstrzygnięcia. Coraz więcej krwi przelewane jest w Tatrach. Czarownik przygotowuje się do uderzenia, a młodziutka Niemira, odrzucona przez wszystkich musi stawić mu czoła. Dziewczyna musi opanować skomplikowaną tatrzańską magię i zrozumieć, że bycie sobą – nawet uwięzioną między dwoma światami – jest jedyną słuszną drogą i źródłem mocy.
W starciu, które nieuchronnie nadchodzi, ważniejszy będzie taniec i śpiew niż pistolety i ostrza.
Połączenie góralskiego folkloru i słowiańskości brzmi dobrze. Autorka miała bardzo ciekawy pomysł, ale czy jej się to udało? Podhale i kultura góralska została tu bardzo ciekawie połączona z motywem słowiańskich wierzeń. Jesteśmy w XIX w. czyli w momencie kiedy następuje moda na Zakopane i z całej Polski przyjeżdżają w Tatry pierwsi turyści. Jednak mieszkańcy Wichrzyków i Cierpkówki są w stosunku do nich dość podejrzliwi, szczególnie do tajemniczego czarownika z Warszawy. Po jego przyjeździe zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Potężny stwór budzi się w Jaskini Mylnej, a pod Wołoszynem czai się śmierć.
Główna bohaterka bardzo mi się spodobała. Niemira była silna, zdecydowana i miała rolę łączniczki wsi z lasem. Sporo od ludzi wycierpiała, a i demony nie były dla niej łaskawe. Jednak jej wątek był przesłonięty mnogością mniejszych wydarzeń, których bohaterami byli okoliczni mieszkańcy. Poznajemy bardzo dużo postaci pobocznych i w pewnym momencie nie bardzo wiedziała gdzie ta cała historia zmierza i kto tu jest najważniejszą postacią.
Rytuały.
Aż by się chciało, żeby prawdziwej magii było tu dużo więcej. W sumie to królowały tu rytuały. Pogańskie i katolickie wierzenia splatały się ze sobą. Tak samo ludzi po części zagorzali katolicy, a po części potomkowie wołchów nawiązujący kontakty z brzeginiami, bożętami i mieszkańcami lasu. Demonologia była całkiem obszerna. Spora część akcji ma miejsce w górach i dolinach Tatr. Moim faworytem zdecydowanie był leszy Szelest. Sceny w których się pojawiał były moimi ulubionymi.
Słuchałam tej książki w audiobooku i czasami nie mogłam się połapać kto mówi i z czyjej perspektywy prowadzona jest akurat historia. W wersji ebook jest niestety podobnie. Poszczególnych scen nie oddziela nawet jedna pusta linijka czy akapit, należy się bura dla redaktora. Książka mino że ciekawa pod względem folklory góralskiego, to jest w znacznym stopniu przegadana. Płynie sobie wolno, delikatnie i brakowało mi wyraźnego głównego wątku, który by się przebił przez ten natłok innych pobocznych spraw a i jakaś walka była by mile widziana. O ile poszczególne elementy podobały mi się, to razem nie skleiły dobrej spójnej całości. Książka była niezła, ciekawa, ale fabuła nie porwała mnie jakoś szczególnie.
Takiego fantasy jeszcze nie czytałem. Chwilami można się poczuć jak w jednej z legend. W sumie to dziwne, gdy się nad tym zastanowić - że to, co swojskie, paradoksalnie wydaje się bardzo egzotyczne, gdy człowiek zwykle spotyka się w fantasy z motywami celtyckimi, germańskimi albo ew. dalekowschodnimi. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że nawet Wiedźmin był mniej swojski. Wszelkie duchy, demony itd. są przedstawione inaczej niż w bardziej klasycznym fantasy - bardziej jak w legendach niż jak w podręczniku do D&D. A i magia jest bardzo "mglista", silnie działająca na wyobraźnię, co jest miłą odmianą. Siły przyrody i magia są tu w zasadzie jednością. Nie każda książka musi mieć skomplikowany i twardy system magiczny jak u Sandersona. Tutaj to inne, niedookreślone podejście bardzo, ale to bardzo pasuje.
„Pora była jeszcze przed wiosennym redykiem, halę więc spowijała cisza, a w zacienionych miejscach i na podmywanych zimną wodą kamieniach wciąż gnieździł się śnieg.”
Myślę, że mogłam być wymagającą czytelniczką wobec tej książki - jestem wielbicielką gatunku fantasy i terenów górskich równocześnie. Do tej pory miałam poczucie, że nikt nie wykorzystał dobrze potencjału, który tkwi w tym połączeniu. Na myśl przyszedł mi jedynie Sanderson, który wywołał uśmiech pisząc o “ludziach z nizin, zatrutych powietrzem” (kto wie, ten wie, kto nie - zachęcam do sięgnięcia po majstersztyk jakim jest jego “Droga Królów”).
Gdy znalazłam więc “Taniec gór żywych”, byłam niewiarygodnie zainteresowana. Tatry, magia i przygoda - to brzmiało całkowicie jak moja bajka.
Więc po kolei. Historia zawarta w tej pozycji, to mieszanina dawnych wierzeń, legend i pewnego rodzaju mrocznej baśniowości - takiej która pozwala nam rozmawiać ze zwierzętami niczym rodowa księżniczka Disneya, a równocześnie nie ujmuje naturze jej dzikości. Słowiańskość i duch gór jest wyczuwalny na każdej stronie. Tak więc klimat? Wspaniały, dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam (a uważam, że byłam wybredna).
Jeśli zaś chodzi o samą fabułę - nie jest to materiał, który zaskakuje oryginalnością. W tym samym czasie język bywa trudny, a sama akcja powolna. Jeśli jest się fanem Tolkiena, nie jest to miażdżącym przytykiem, natomiast dla mniej cierpliwych czytelników, może to nie być najlepszy wybór.
Z mojej strony - polecam ten tytuł i zaznaczam, że najlepszą porą na jego czytanie będą początki wiosny. Oczywiście najlepiej w górach, ale myślę, że nawet mały strumyk i kontakt z naturą sprawi, że poczujecie się magicznie.
Skończyłam z obowiązku. Chciałam porzucić kilkakrotnie. Dość męcząca narracja. Ale ciekawy świat i fajna koegzystencja wierzeń chrześcijańskich i słowiańskich.