No cóż. Na jakimś poziomie rozumiem, czemu ta książka jest tak gremialnie kochana, ale niestety nie będę się zaliczać w poczet wielbicieli. Nie mogę odmówić uroku pomysłowi i wszelkie rodziny z wyboru zawsze dostaną ode mnie dodatkowe serduszko. Dodatkowo mieszkańcy Lichotki jako tacy zyskali moją sympatię. Chwilami było to wszystko sympatyczne. Nie można też odmówić autorce bogactwa językowego, choć to stało się też moim problemem.
Otóż dla mnie to wszystko było „za bardzo”. Za dużo humoru, który musiał zostać wepchnięty w każdą jedną linijkę, w każdą jedną scenę, w każde jedno określenie. Przy każdej jednej postaci. I pewnie, część tego działa, ale ogólnie to nie mój typ humoru. Szybko mnie to zmęczyło i chwilami już się przy tych opisach po prostu wyłączałam. A czasem krzywiłam z zażenowania. Zwłaszcza, że dużo tu humoru polegającego na wyśmiewaniu, który też do mnie nie trafia. O ile przy takim Szczęsnym to jest dość urocze i pasuje do postaci, wszystkie te opisy fizjonomii wszystkich postaci żeńskich w powieści było zwyczajnie męczące, niesympatyczne i czasem nie na poziomie (a jedyna dobra i wspaniała kobieta to ta, która nie mówi, ale może się już czepiam). A to wszystko i tak blednie przy Konradzie, który jest tak wstrętny, nużący, marudny, nieznośny i nijaki, że nawet kiedy chwilami dawałam się porwać całej opowieści, to mnie ten główny bohater sprowadzał na ziemię i wytrącał z nastroju. I dlatego też nie podziałała na mnie ta rodzina z wyboru, bo nie czułam tej rodzinności i ciepła pomiędzy postaciami. A przynajmniej – szkoda, że do Lichotki nie trafił ktoś inny.
Nie wiem, czy będę sięgać po inne książki Kisiel, bo choć doceniam wszystkie mocne punkty powieści (zbioru opowiadań? Wszak ciężko tu mówić o fabule), to jednak te słabe mnie zniechęcają, a są na tyle subiektywne, że to chyba po prostu nie jest autorka dla mnie.