Nie sądziłam, że to napiszę, ale 𝐙𝐢𝐞𝐥𝐨𝐧𝐞 𝐦𝐚𝐫𝐭𝐞𝐧𝐬𝐲 to najlepsza przeczytana przeze mnie książka w listopadzie. Nie często sięgam, a właściwie bardzo rzadko, po literaturę dla raczej młodszych czytelników, ale ta książka była tak cudowna, że czytając jej epilog, leciały mi łzy.
𝐙𝐢𝐞𝐥𝐨𝐧𝐞 𝐦𝐚𝐫𝐭𝐞𝐧𝐬𝐲 to historia o pierwszej miłości, problemach, z którymi czasami musimy się mierzyć już od najmłodszych lat i o tym, że nawet jeśli wygląda się inaczej niż wszyscy, to i tak warto być sobą, bo i tak znajdzie się ktoś, kto nas polubi albo nawet i pokocha ❤️
Często jako dzieci wiele z nas mówiło coś w stylu „chciałabym być starsza” „chce już być dorosły”, mam rację? Tutaj taką bohaterką jest Wika – młodsza siostra głównego bohatera. Wika to dziesięcioletnia dziewczynka, która wielu rzeczy jeszcze nie rozumie, która potrafi być zła na cały świat, bo nie ma czegoś, co mają jej rówieśniczki. Stara się utrzymać w tajemnicy przez swoimi koleżankami fakt, że jej dom nie jest ogromnych rozmiarów, że nie ma taty, że jej mama wcale nie pracuje za granicą i bardzo rzadko ją widzi. Jej historia też pokazuje, jak bardzo dzieciaki potrafią być okrutne, bo kiedy jej koleżanki odkryły prawdę, szydziły z Wiki i uwierzcie mi, że moje serce przez to pękło na miliony małych kawałeczków.
Feliks to chłopak, który odstaje od reszty. Jest raczej drobnych rozmiarów, nie pała zamiłowaniem do sportu i ma bardziej duszę introwertyka niż ekstrawertyka. Podziwiam go. I to bardzo, bo w młodym wieku musiał przejąć obowiązki w domu, bo jak już pisałam wcześniej, ojca Feliks nie ma, a jego mama pracuje za granicą, aby zarabiać więcej pieniędzy. Feliks nie dość, że musiał przejąć większość obowiązków domowych i pilnować młodszej siostry, to jeszcze musiał opiekować się ich babcią, która z nimi mieszka, a która trafiła do szpitala z powodu pogorszenia jej stanu zdrowia.
No i w końcu Otylia. Pokochałam jej postać. Ta dziewczyna wyróżnia się na tle pozostałych. Ubiera pstrokate ubrania, ma burzę rudych loków na głowie oraz kocha muzykę. To totalna optymistka, ma zawsze uśmiech na twarzy i za każdym razem stara się znaleść jakieś rozwiązanie, gdy pojawia się problem. Nie mam pojęcia, jak Joanna Jagiełło tego dokonała, ale miałam wrażenie, że optymizm Otylii przelewał się na mnie samą przez kartki, kiedy czytałam 𝐙𝐢𝐞𝐥𝐨𝐧𝐞 𝐦𝐚𝐫𝐭𝐞𝐧𝐬𝐲. Nie przejmowała się przykrymi uwagami rzucanymi w jej stronę z powodu jej wyglądu, cały czas szła przez życie z głową w górze. Życzę wam, aby optymizm i podejście do życia Otylii, przeszło również na was!
Motyw pierwszej miłości w tej książce jest niesamowicie uroczy. Otylia i Feliks poznali się zupełnie przypadkiem, ich znajomość później przekształciła się w pełną wzajemnego wsparcia przyjaźń, a z czasem między bohaterami pojawiło się coś więcej. Pojawiła się miłość. Nawet nie wiecie, jak przyjemnie mi się czytało o ich ewoluującej znajomości. Wiecie, kiedy bohaterzy nie byli pewnie, czy powinni drugą osobę objąć, kiedy powoli zdawali sobie sprawę, że lubią się trochę bardziej niż powinni. Cóż, nie spodziewałam się, że będę się ekscytowała ich każdym przytuleniem lub pocałunkiem. Mówię całkowicie poważnie (i mam świadków!! 😅).
Ich wsparcie również jest niesamowite, bo nawet jeśli między nimi miałaby być tylko przyjaźń, to ich relacja i tak byłaby wyjątkowa. Feliks za każdym razem mógł liczyć na Otylię, a Otylia na Feliksa. Razem starali się rozwiązywać problemy, nawet jeśli jednego z nich one nie dotyczyły.
Najbardziej chyba mnie chwyciła za serce scena, w której Feliks zabrał Otylię na spacer po Łazienkach. Widać w niej, że bohaterzy czują się ze sobą komfortowo i mogą rozmawiać godzinami na przeróżne tematy.
Każda z postaci w tej książce miała jakiś udział w tej historii i każda była super wykreowana. Babcia Wiki i Feliksa to złota kobieta. Uwielbiam ją całym serduchem. Ma cudowne poczucie humoru, jest miła, przyjazna i bardzo komfortowa.
Uwielbiam w tej książce to, że posiada ona perspektywę więcej niż jednego bohatera. Jeśli ktoś czyta moje recenzje, to wie, że bardzo sobie to cenię, bo uwielbiam poznawać punkt widzenia różnych bohaterów na daną sprawę. I nie, nie zabrało tu plot twistu, przez który aż zaparło mi dech w piersi. Nie powiem wam jednak, czego lub kogo on dotyczy, bo będzie to spojler, więc warto samemu sięgnąć po 𝐙𝐢𝐞𝐥𝐨𝐧𝐞 𝐦𝐚𝐫𝐭𝐞𝐧𝐬𝐲!
Jak wspominałam na początku, kończyłam tę książkę ze łzami w oczach. Szczerze polecam 𝐙𝐢𝐞𝐥𝐨𝐧𝐞 𝐦𝐚𝐫𝐭𝐞𝐧𝐬𝐲 szczególnie dla osób młodszych. Może to być również idealna książka na prezent dla młodszego rodzeństwa 💚