To nie jest podróż konesera sztuk pięknych. Niewiele tu estetycznych delektacji, a muzea omija się szerokim łukiem. Autor podróżuje po nieznanym włoskim południu i szuka sensów skrytych pod materią wrażeń. Jedzie więc na Monte Sant'Angelo, by zobaczyć grotę objawień świętego Michała Archanioła i procesję ku jego czci, próbując zrozumieć, co się stało z naszą wrażliwością angelologiczną. Odwiedza pole bitwy pod Kannami, by zapytać o jej znaczenie, które wychodzi daleko poza czysto militarny wymiar. W Galatinie, podczas notte della taranta, obserwuje współczesny tarantyzm.
Ta książka to opowieść o podróży w przestrzeni geograficznej i kulturowej, a jej erudycyjna forma wywołuje niepokój i zachwyt. To uchwycone niepostrzegalne przejścia od zapisu chwili do zdystansowanej refleksji, od impresyjnego obrazka do języka dyskursu. I – co może najistotniejsze – to próba namysłu nad znaczeniem i możliwościami pisarstwa podróżniczego.
Chęć niespiesznego snucia się po Apulii sięgnęła zenitu, i gdyby nie aktualne okoliczności przyrody, cieszyłabym się jak dziecko, że za miesiąc tam będę. Teraz pozostaje mi w niepewności oglądać Felliniego i Tarkowskiego.
Fascinating journey deep inside the culture of a region which is different from what we generally think about Italy (judging it by its north part and "Tuscany changed my life" books). I truly recommend.
In addition for anyone who'd like to hear the music described in the book I attach links to playlists which I created in popular streaming services:
Bardzo dobrze napisane eseje, po których widać erudycję autora i jego profesję naukową. Ciekawa tematyka, mocno pogłębiona źródłami z dziedziny sztuki i nauki. Z mojej perspektywy mniej intrygująca problematyka tarantyzmu, za to świetne zestawienie społeczności z przestrzenią w jakiej żyją.
Ależ mnie przemęczył język tej książki. Czają stał się dla mnie Mateuszem Borkiem eseistyki: niezliczone wymieniania synonimów, paralelizmy składniowe, różne zdania, treść ta sama.
Rozumiem, że autor chciał w swojej książce przedstawić migawki ze swoich podróży do Apulii, nie przejmując się za bardzo czymkolwiek innym. Ergo rozumiem dygresyjność. Natomiast ja pomijałem całe akapity bez poczucia, że cokolwiek tracę. Widzę, że dużo osób zachwyca się językiem, ale ja - jak już pisałem - nie potrafię. Oprócz wyliczeń denerwowały mnie także przegadane próby oddania wyjątkowej atmosfery danego miejsca, które były tak podobne, że każde miasteczko na końcu jawiło mi się wręcz jako identyczne do wcześniej opisywanych. Czaja podkreśla fascynację Muratowem i widać, że chce pisać jak on. (No właśnie: irytowały mnie również kafle wręcz przytoczeń i cytatów)
Ale może to po prostu nie dla mnie. Może podobnie jak w przypadku Sardynii Biggersa to książka dla innego czytelnika - takiego, który lubi nazwiska w książce, lubi przeciągające się opisy, wyliczenia i brak puenty. Pisząc to, myślę, że ja w zasadzie też czasami te cechy lubię. Niemniej w Gdzieś dalej zupełnie na mnie nie podziałały.
Ps. Muszę podkreślić, że rozdział o Taranteli - “ukąszeni” to miły wyjątek. Wspaniała rzecz, w której Czaja udowodnił mi, że potrafi pisać świetnie, żwawo, korzystając ze swojego niepodważalnego warsztatu antropologa.
Książka nierówna, niektóre rozdziały warte przeczytania, ale dla mnie egzaltacja, bufonada i samozadowolenie autora były nie do strawienia.
„Marzy mi się księga włoskich widoków. Podkreślam widoków, nie widoczków, widokówek czy pocztówek. Nie tych znanych, doskonale opatrzonych, ale tych, których nie zdołano jeszcze całkiem zabić wzrokiem i aparatem. W widoku, o jakim myślę, jest jakiś nadmiar, ma on coś z obrazu poetyckiego, nie da się go przełożyć na ludzki język, nie da się go opowiedzieć, nazwać, przyszpilić. Widok, o jakim myślę, to obraz, który chodzi za nami, pojawia się znienacka w głowie, przychodzi do nas w snach. (Czy przyśniło się komuś Koloseum?) To byłby leksykon miejsc i obiektów o szczególnej sile rażenia. Dzieło zawierajace oprócz ilustracji także i utrwalone w słowie zapisy pierwszych reakcji spektatorów. Księga westchnień i poruszeń, księga niepokojów i marzeń. Poligon wyobraźni. Książka, w której można by śledzić niemal in statu nascendi proces zastygania widzenia w słowie. Obserwować, jak słowo zmaga się z widzialną rzeczywistością, jak formują się klisze i zwroty językowe, powtarzane później do znudzenia. Ale też jak dochodzi do nowych odkryć, dzięki którym widzimy więcej.”
Koloseum przyśniło się mi. Muszę być bardzo płytką osobą:)
Zbiór esejów nie tylko o nieco zapomnianych zakamarkach południowych Włoszech, lecz także o językach, które je stwarzają. Czaja jest erudytą, nasącza przestrzenie historią, muzyką, antropologią i przede wszystkim własnym doświadczeniem, niepowtarzalnymi drobnymi zdarzeniami, które nabierają znaczenia dzięki jego poetyckiemu stylowi zachwytu. Tylko niekiedy poezji jest odrobinę za dużo, za pusto. Ta podróż zdaje się zresztą realizacją wiersza Herberta, wędrowaniem pozornie bez celu błądzeniem po omacku, rozmową z żywiołami, pytaniem bez odpowiedzi. Bardzo to ładne.
Jedna od deset, možda i pet najupečatljivijih knjiga koje sam pročitala u prethodnih nekoliko godina je knjiga "Nekuda dalje, negde drugde" poljskog autora Darijuša Čaje. Objavljena je kod nas 2016, u prevodu Milice Markić, u izdanju "Korneta". U pitanju je putopisna proza, koja nam prikazuje jednu drugu Italiju - daleko od poznatih turističkih destinacija. Mesta kojima Čaja hodočasti izabrana su pomoću neobičnog ključa (biće potrebno pročitati više od dve trećine knjige da bi se pronašao još neki zajednički imenitelj osim geografske pripadnosti jugu); tu su, na primer, mesto gde se na području hrišćanskog zapada prvi put pojavljuje arhangel Mihail, mesto koje Tarkovski bira za snimanje "Nostalgije", zatim Kastel del Monte- građevina koja je Umbertu Eku poslužila kao inspiracija za opatiju u knjizi "Ime ruže", Gezualdov zamak u Venozi u kome on komponuje, ubija, pati, mesto gde nastaje tradicionalni ples "tarantela", mesto odigravanja rimsko-kartaginske bitke 216. godine pr.n.e. itd. Ono što je jedna od mogućih dodirnih tačaka izabranih lokacija jeste susret onostranog i ovozemaljskog, pojava prelomnih tačaka, upliv nečega nerazumljivog što još uvek u sadašnjosti "bridi" svojim značenjem, iako vidljivu manifestaciju te pojave prekriva veo prašine, naslaga, zaborava. Taj susret onostranog i vidljivog još uvek je živ kroz održavanje procesija, kroz očuvanje ritualnih manifestacija i plesova - daleko od očiju radoznalih turista, što je nedvosmislen znak da se rituali odvijaju iz istih razloga iz kojih su i nastali. Ostala mesta -napušteni Gezualdov dom, zapostavljeno kansko bojište i sl. - svedoče o događajima koji su uticali na tok istorije ili razvoj umetnosti, predajući se potom zaboravu. Čaja, kao i Tarkovski tražeći najbolje mesto za "Nostalgiju", ne teži tome da nam prikaže sjaj turističke atrakcije, simulakrum, restaurirane spomenike i gradove koji prodaju svoju istoriju. On govori o onome što je (iz dubine istorijskog bunara bez dna) stvaralo naročita mesta, ljude, događaje, snove, prelomne obrte, verovanja, ukazanja, koja nam se, makar iz gomile kamenja, prikazuju na način koji ne predstavlja laž, scenu, masku. Ta mesta, te tačke ukazuju se u svoj golotinji vlastite prolaznosti, ali istovremeno još uvek bremenite onim potencijalom kojim su svoj trag upisale u anale svetske kulturne baštine. Knjiga je napisana na takav način da čitajući je osećate prašnjavi i užaren put pod nogama, vidite njihanje grana, čujete grleni govor lokalnog stanovništva, plešete s njima uz lokalne napeve, a zatim u najsvečanijem raspoloženju pristupate lokalnoj svetinji, ulazite u procesiju, isto onako kako je to činio žitelj planinskog sela na jugu Italije pre više od deset vekova. Bez kamere, zamišljeni, zagledani "unutra", stopljeni sa istinom dešavanja koje vas okružuje, kao skitnice, prosjaci, hodočasnici od pamtiveka.
Dawno nie zdarzyło mi się, by książka aż tak bardzo mi nie podeszła. Wymęczyła mnie okrutnie – i to mimo tego, że towarzyszyła mi w opisywanej Apulii. Spodziewałam się reportażu z podróży po regionie, tymczasem lektura okazała się znacznie bliższa filozoficznym rozważaniom niż klasycznej narracji podróżniczej. Sam autor zresztą pisze: „(…) może w ogóle ta książka nie jest relacją z podróży, może to po prostu zbiór ćwiczeń i wprawek etnograficznych (…)”. I dokładnie tak ją odebrałam – jako pokaz erudycji i sprawności pisarskiej, która momentami bywała wręcz przytłaczająca, balansując na granicy egzaltacji i tracąc na przystępności.
Nie poczułam też Apulii oczami autora, bo większość stron wypełniały cytaty (bardzo hojnie przywoływane) z innych pisarzy opisujących ten region. Najciekawsze były fragmenty, w których dzielił się własnymi obserwacjami – szkoda, że było ich tak niewiele. Często trudno było mi się skupić i zrozumieć, o czym właściwie pisze. Zdarzało się, że musiałam wracać do niektórych fragmentów kilkukrotnie. Tak było chociażby przy rozdziale o taranteli – sens i emocje związane z tym zjawiskiem dotarły do mnie dopiero wtedy, gdy usłyszałam tę muzykę na żywo w Apulii. Dopiero wtedy książkowy opis nabrał dla mnie znaczenia. Po skończeniu lektury nie jestem w stanie powiedzieć o czym jest ta książka i co autor chciał przekazać.
Absolutely in love with this book... It suits my personal taste perfectly - a set of essays combining art, architecture, travel, para-ethnographic observations all filtered through unique lens of the Author's experience of traveling through (commonly neglected) parts of southern Italy. The impressions painted by the Author, his ability to encapsulate an amazing moment in a set of words impressed me and transported my right under the white, hot sky of Apulia. Highly recommend.
„Pytałem różnych znajomych. Ale nikt nic nie wiedział. O normandzkim Mont St. Michel mówili wszyscy. Rzymski Zamek Świętego Anioła wspomniało parę osób. O apulijskim Monte Sant'Angelo nikt nie miał żadnego pojęcia. A rozmawiamy przecież o miejscu pierwszego na chrześcijańskim Zachodzie objawienia świętego Michała Archanioła!” Poddałam się po tym, a to zaledwie 6%.
Bardzo dobre i wymagające eseje - nieczęsto dziś sięga się po literaturę, która wymaga sięgania do słownika i encyklopedii, choćby tych Internetowych. Dla osób szukających o Apulii nie tylko "blogowych" informacji - obowiązkowa pozycja.
Swietna ksiazka, wciagnela mnie i mojego Wlocha z Apulii, ktoremu tlumaczylam fragmenty. Mialam wrazenie, ze to jak rozmowa z autorem i mnostwo nowych informacji i zjawisk, ktorych wczesniej nie znalam.
Koniec. Głód wiedzy o Apulii tymczasowo zaspokojony. Ta chropowata kraina, z nadzwyczajnymi winami, syfem malarycznym na bocznych drogach Lecce i nieoczywistym, a może i żadnym pięknem w porównaniu z obrazkami Północy cały czas tkwi chociażby w śladach opalenizny na stopach (paski od sandałów wciąż widać!). Książka Czai wypełniła białe plamy i dodała do wspomnień kolejne barwne opisy, które czytałam M. ze wstępem: "brzmi znajomo"? To tak naprawdę nawet nie jest książka, a migawki, spostrzeżenia, uzupełnione odniesieniami do innych książek, filmów, muzyki. Jest takim przewodnikiem turystycznym, jak Apulia jest krainą dla turystów. Raczej przyczynkiem do uśmiechnięcia się do swoich myśli, które pojawiały się przy setkach kilometrów robionych na rowerze po południowym pustkowiu. Urodziła się z tymczasowej fascynacji, by zaspokajać tymczasowe fascynacje.