Minimum Viable PRL

W kinie moralnego niepokoju zwrot akcji często polegał na tym, że cwaniak okazywał się frajerem (i odwrotnie)

Niedawna rozmowa o PRL uświadomiła mi, że o pewnym aspekcie tamtego ustroju wielu zapomniało, część nigdy nie wiedziała. Przybliżę go notką skierowaną zwłaszcza dla Młodzieży (przed pięćdziesiątką).

Otóż droga Młodzieży, jeśli pracowałaś kiedyś w kapitalistycznym korpo, zapewne zetknęłaś się z takim fenomenem, że jest sobie zadanie, które zdaniem fachowca wymaga tygodnia pracy trzech osób. W korpo oczywiście takie zadanie mają zrealizować dwie osoby w trzy dni, kończy się to katastrofą, ale odpowiedzialny menadżer dostaje premię za oszczędnoś, a katastrofa interpretowana jest jako skutek obiektywnych zewnętrznych.

Znacie to z własnej korpokariery? Ja tak, bo to Agora w pigułce (odniosła raz w życiu jeden sukces, którego nigdy nie powtórzyła, bo większość prób wyglądała jak powyżej). W kręgach redditowo-stackoverflowowych widziałem to jak dowcip o korporacji, która udowodniła, że nikt nie lubi pizzy (proszę wyguglać dowcip o „minimum viable pizza”), więc to chyba nie tylko w Agorze tak wygląda(ło).

W każdym razie, korporacyjny kapitalizm rozwija się dzięki temu, że nie wszystkie korporacje tak realizują wszystkie produkty. W PRL to była ogólna reguła.

To konieczne by zrozumieć różnicę między tym, jak ten system wyglądał w praktyce a tym, jak wyglądał na papierze. Na papierze zróżne rzeczy wyglądały fajnie: miliony mieszkań, miejsc pracy, szpitalnych łóżek. Tylko że to wszystko było jak Minimum Viable Pizza z dowcipu.

Jeśli „dostawałeś” mieszkanie, to musiałeś je sam wykończyć, więc ten PRL-owski inteligent uszczęśliwiony kluczami do M-3 musiał teraz wyczarować kasę na tzw. „fachowców” oraz deficytowe towary jak płytki czy klepka. Zakłady działały na pół gwizdka, bo zawsze czegoś brakowało. Cały PRL był jak pizzeria, która „na razie” musi sobie radzić bez sera.

To przenikało ten ustrój z góry do dołu. Jeśli ktoś w nim próbował żyć zgodnie z regułami, czekała go porażka.

Studia niby były za darmo, ale wymagały podręczników. Te były w bibliotece, ale we wrześniu już wypożyczone, musiałeś więc je sobie kupić na rynku wtórnym. Potrafiły kosztować (w przeliczeniu na zarobki) odpowiednik dzisiejszego tysiaka, a potrzebowałeś przecież kilkunastu.

W klasie robotniczej był ten sam problem. Jeśli grałeś zgodnie z systemem, czekało cię krótkie i bolesne życie, w którym szybko traciłeś zdrowie wykonując polecenia niezgodne z BHP (pracując zgodnie, nie wyrobiłbyś normy).

Wytwarzało to kult cwaniaka: kogoś kto potrafi w tej dżungli poruszać się na skróty, podziwianego i nienawidzonego. Komedie Barei i kino moralnego niepokoju pokazywały dwie strony tego medalu. Główna oś fabuły zwykle dotyczyła konfliktu między „pierdołą” i „cwaniakiem”. Ten konflikt czasami był pokazany czasem jako tragedia, czasem jako farsa („jogi babu!”).

Na każdym piętrze chodziło o dolary. Większość inwestycji robiono w nadziei na dewizowy eksport. Do tego jednak zazwyczaj był potrzebny wkład dewizowy, na przykład na jakieś maszyny. Jeśli przemysł socjalistyczny produkował dobry sprzęt, to przecież też po to, żeby go eksportować za dewizy, a nie oddać bratniej firmie za „ruble transferowe”.

Im więcej było dewiz, tym więcej ich było potrzeba. Z błędnego koła miały nas wyrwać gierkowskie kredyty, ale wyszło odwrotnie. Ten problem występował na każdym piętrze, od rządu po Jana Kowalskiego. Sto baksów czyniło go wygrywem.

Konflikt „frajer kontra jogi babu” występował też w piosenkach. Motyw „Dla niego rzuciła mnie – bo on miał dolary, a ja nie” można rozpatrywać jako seksizm, ale wydaje mi się to wulgaryzowaniem tematu. Był to krzyk rozpaczy PRL-owskiego przegrywa, często zresztą wyrażany bez podtekstu miłosnego, np. „Kto mi zapłaci za łzy” Lombardu (#mamtonawinylu).

Jego autor, Jacek Skubikowski, był chyba takim PRL-owskim przegrywem właśnie. Niby gwiazdor, coś tam zarabiał, ale w złotówkach. Muzycy mogli sobie dorobić grając dla Polonii, na statkach albo w knajpach, gdzie mahoniowi goście dawali dolarowe napiwki za takie rzeczy, że jeszcze im wstyd. A co mógł tekściarz?

Tej walutowej obsesji nie zrozumie ktoś urodzony po 1989. Dziś kto dolarów potrzebuje, ten se przewalutuje (joła). Nie mamy już sytuacji typu „inwestycję trzeba było wstrzymać bo zabrakło wkładu dewizowego” (zdarzają się natomiast w Rosji). No i generalnie bycie Janem Kowalskim, przeciętnym człowieczkiem z przeciętnymi zarobkami, jest teraz nieporównanie przyjemniejsze niż w PRL – lepiej mieszkanie spłacać 30 lat (mieszkając w nim!) niż na nie czekać 30 lat, mieszkając w hotelu robotniczym.

Artykuł Minimum Viable PRL pochodzi z serwisu ekskursje w dyskursie.

 •  0 comments  •  flag
Share on Twitter
Published on February 15, 2026 04:00
No comments have been added yet.


Wojciech Orliński's Blog

Wojciech Orliński
Wojciech Orliński isn't a Goodreads Author (yet), but they do have a blog, so here are some recent posts imported from their feed.
Follow Wojciech Orliński's blog with rss.